Tobie to wszystko tak łatwo przychodzi, a ja mam zawsze pod górkę. Nie wiem, ile razy słyszeliście taki tekst, ale ja zdecydowanie za dużo. Zaczęłam się zastanawiać, kiedy wreszcie od niego dostanę wylewu albo sięgnę po butelkę domestosa i wypiję do dna. No bo ile razy możesz wykładać takiej osobie, że wcale nie jest tak, jak myśli i rzucać tym grochem o ścianę? Każda normalna ściana już dawno by się osunęła, tyle w nią ciskałam! Nadszedł czas, by się z tym pogodzić. Nie wszyscy na świecie chcą być szczęśliwi.

Nie tak dawno temu, rok może, uświadomiłam sobie, że szczęście to nie jest króliczek na bateriach duracella. Że trzeba je gonić, a ono i tak będzie przed Tobą zawsze spieprzać. Jest zupełnie odwrotnie. Szczęście to uczucie. Stan umysłu. Musisz odpowiednio głęboko spojrzeć w siebie, by je dostrzec. I w związku z tym nawet, gdy popadam w paranoję, że zaraz do drzwi mojego domu zapuka komornik (co jest niemożliwe, niestety nabawiłam się takiej fobii) albo mam wrażenie, że zaraz z bólu eksploduje mi macica, i tak czuję szczęście. Ponieważ wiem, czego potrzebuję (spokojnego, cichego miejsca do spania i jedzenia, więc niewiele), do czego dążę (chcę pisać i wydawać książki, aż do śmierci albo zmiany zainteresowań) oraz że z każdą przeciwnością sobie poradzę. A jak sobie nie poradzę, to bliscy mi pomogą.

Wydaje mi się, że odpowiedzenie sobie na te trzy pytania lub dobre ich rozkminienie, to jest sedno sprawy.

No bo czy naprawdę potrzebujesz najnowszej bluzy Supreme i czerwonego karbioleta? Nie bagatelizuję miary pieniędzy. Wiem, że są ważne i bardzo je lubię, ale są też problematyczne. Na pewno bywają środkiem do celu, ale same w sobie… cóż, powąchaj banknoty. I co? Pachną apetycznie? Dla mnie wręcz przeciwnie.

Zatem spakuj plecak i idź na tydzień w góry,

to zobaczysz, co jest w życiu ważniejsze niż kasa i czego tak naprawdę potrzebujesz. Bądź w tych górach sam na sam z własną głową, to odkryjesz, czego chcesz w życiu, o ile jeszcze nie wiesz. I zdobądź kilka szczytów. Wtedy zobaczysz, że dajesz sobie radę. I wszystkie inne problemy, które zostawiłeś w dole, z tej perspektywy wcale nie są takie duże.

Sęk w tym, że żeby wyjechać w góry, trzeba się przygotować. A zatem spakować plecak, zaplanować trasę, zaklepać noclegi w schroniskach, uszykować jedzenie…

Ewidentnie coś zrobić, zamiast mówić o tym, że się robi, albo że tak ciężko jest się czegoś podjąć. Albo że się próbowało, a nie wychodzi.

Ja mam w życiu gorzej, bo jestem najmłodszym dzieckiem rodziców i nigdy nie poświęcali mi uwagi tak, jak starszemu rodzeństwu. Spoko, ale… po co Ci w ogóle ta uwaga? Żyjesz dla siebie czy dla rodziców?

Wiecie, ile razy ja, jako jedynaczka, chciałam spełniać oczekiwania moich rodziców, bo jeśli ich zawiodłam, czułam się jak wyżęta ściera do podłogi? Ile razy desperacko próbowałam sobie udowodnić, że potrafię zrobić cokolwiek, byle tylko im się przypodobać, bo chciałam, żeby byli zadowoleni? Żeby mama na mnie nie krzyczała, a tata powiedział: jestem z ciebie dumny?

Rodzice widzieli we mnie kogoś, kogo sobie wymyślili (mama chciała, żebym w wieku 25 lat miała męża i dziecko, chodziła do kościoła co niedzielę i jadła mięso; tata chciał, żebym miała na imię Hubert). Ja widziałam w rodzicach kogoś, kogo sobie wymyśliłam: ludzi, którzy w drodze swoich życiowych doświadczeń osiągnęli mądrość wystarczającą, by rozświetliła mi mroki doczesności. Czułych i wspierających.

Nasze wyobrażenia, w zetknięciu ze sobą, wyglądają mniej więcej tak:

Nie chcę przez całe życie się dołować i dostawać ciosy poniżej pasa, bo coś sobie wymyśliłam. Tak samo bywa też w nieszczęśliwej miłości, wiecie? Ty go kochasz, a on nie zabiera Cię na wyjazdy, nie chce poznać Twojej rodziny, nawet pójść z Tobą do kina? A potem okazuje się, że Cię zdradził? A Ty co, będziesz trwać przy nim i obrywać do końca świata i jeszcze dzień dłużej w imię tak zwanej miłości? Bo nie wiem, taka jest Twoja rola, bo już macie ze sobą dziecko?

Przestać spełniać czyjeś oczekiwania i zająć się sobą? To za trudne!

Nikt nie mówił, że w życiu bywa lekko. Zresztą, sami się na ten świat nie pchaliśmy, nie? Spotykamy różne trudności. Finansowe na przykład. Co chwila dołek z kasą. Albo nie mamy szczęścia do ludzi. Co drugi to psychopata. No nic na to nie poradzimy, prawda?

NIEPRAWDA.

Wiem, że może boleć Cię serce tak bardzo, że aż pęka Ci dusza. Że możesz płakać po nocach i zadawać sobie pytanie: dlaczego ja? Co zrobiłam, że życie tak mnie każe? Szukać współczucia u innych osób, chcieć być po prostu przytuloną…

Ale uważaj. Tu czai się najgorsze niebezpieczeństwo.

Może jesteś na świetnej drodze, by stać się ofiarą. A może to już się stało, tylko tego nie zauważyłaś.

Jeśli ktoś bardzo Cię zranił, nie możesz tego dusić w sobie. To jest bardzo trudne, ale musisz… wziąć za to odpowiedzialność. Nie za drugiego człowieka, tylko za siebie. Zastanowić, co zrobić, by zaleczyć swoją ranę i znów przejąć kontrolę nad swoim życiem. Tak, trzeba robić, a nie tylko o tym mówić. I to szybko. Im bardziej rana osuwa się w mroki niepamięci, tym bardziej oddziałuje na podświadomość i zmienia naszą osobowość.

Podam Ci znów mój przykład, bo skoro to mój blog, to będę na nim obgadywać siebie a nie innych, niech będzie to przejaw przyzwoitości naszych czasów.

Ponieważ moi rodzice chcieli, bym była najlepsza we wszystkim jako dzieciak, a kiedy mi się nie udawało, bo to ludzka rzecz, że coś się nie udaje, robiła się afera. Nienawidziłam tych pytań typu: dlaczego czwórka a nie piątka, co znowu spieprzyłaś, itd. No i wiecie, wtedy, kiedy potrzebowałam wsparcia, byłam jeszcze bardziej dobijana. I uwaga.

Syf przeniósł mi się do dorosłego życia.

Zawsze musiałam być najlepsza. We wszystkich dziedzinach, nawet tych, na których się nie znałam, których nie lubiłam, itd. Męczyłam się przez to niemiłosiernie, nie spałam po nocach, chciałam nieść pomoc każdemu napotkanemu człowiekowi. Tylko po to, by ktoś mnie docenił, polubił, przytulił, pochwalił, wyróżnił. Wreszcie moje desperackie pragnienie bycia zaakceptowaną przyciągnęło osobę, która przez lata mnie wykorzystywała. W zasadzie niejedną. Po pewnym czasie nie miałam już w sobie w ogóle energii. Nie potrafiłam nawet wstać z łóżka. Mogłam rozpaść się na kawałki i stać się zombie.

Zamiast tego zgłosiłam się do specjalisty. Potem zaczęłam szukać odpowiedzi w książkach i Internecie u innych specjalistów (tak, mam na myśli terapeutów, osoby od rozwoju osobistego, itp.), i powolutku dochodzić do siebie. Proces przemiany był trudny i trwa do teraz, w końcu człowiek rozwija się całe życie.

Chyba że nie. Bo mogłam jednak nie doznać cudownego olśnienia i przejść transformację w prawdziwą ofiarę. Czyli kogo?

Jak rozpoznać w swoim otoczeniu osobę o mentalności ofiary? Do czego to prowadzi jej zachowanie?

Wyolbrzymianie problemów (Anka w pracy powiedziała o mnie tak i tak, Boże, jak ja jutro się pokażę ludziom na oczy?!). Wiara w to, że nic dobrego już ich nie czeka (Mam 60 lat, więc mam prawo mieć nadwagę, i tak przecież już nikogo nowego nie poznam) albo że wszyscy są przeciwko nim (Widziałaś, jak na mnie spojrzał? Na pewno ktoś mu o mnie nakłamał!). Zamiast podejść do jakiegoś człowieka i otwarcie wyjaśnić sytuację, co wymaga pewnego wysiłku, wolą uniknąć konfrontacji i mówić, mówić, mówić… Czasem płakać, by wymusić współczucie lub zostać poklepanym po ramieniu.

Taka mentalność powstała w wyniku trudnych doświadczeń w przeszłości. To mogło być złe traktowanie przez rodziców, załamanie kariery, molestowanie… Tak naprawdę cokolwiek, dla niektórych drobiazgi, dla innych kamienie milowe w życiu, bo mamy różne stopnie wrażliwości.

Kiedy osoba nie zapanuje nad tym, dokąd podąża jej życie, może przyjąć tożsamość ofiary i… nawet to polubić. Oj, Marysiu, bo ty zawsze tak wolno to robisz, to pozwól, że zrobię to za ciebie. Z takimi propozycjami mogą spotkać się w pracy. A w domu z ofiar zmieniają się w katów. No ale musisz wreszcie przyprowadzić tę swoją dziewczynę, no daj mi się nacieszyć swoją miłością, przecież wiesz, że nic dobrego mnie w życiu nie spotkało, tylko ciebie mam i ty jesteś moim szczęściem! Gdy zaś im się sprzeciwisz, wybuchają. Nie widzą swojej winy, więc histeryzują, zaczynają płakać, odwracać kota ogonem.

Sami kiedyś tak bardzo skrzywdzeni, teraz krzywdzą innych, często swoich najbliższych. Czy można wyłączyć ten żałosny rollercoaster?

Można to po prostu olać. Zaakceptować: nie każdy chce być szczęśliwy, bo to wiąże się z wysiłkiem. Z konfrontacją z przeszłością, z wzięciem odpowiedzialności za własne życie. Niektóre osoby wolą swój wygodny fotel, gapienie w telewizor i niewnikanie w przeszłość czy samego siebie. Jeśli ktoś nie chce sobie pomóc z mentalnością ofiary, nie pomagaj. Ta osoba chce, żebyś się angażował w jej sprawy, choć nigdy się do tego nie przyzna. Nie daj się wykorzystać.

Inny sposób to pójście na terapię. Bardzo spoko sprawa, wszyscy powinniśmy chodzić. Jeśli nigdy nie byłaś, pójdź choć raz, z ciekawości.

A poza tym to trzeba być silnym. Jeśli czujesz szczęście i nawet, jak o nim zapominasz, to potrafisz je w sobie odnaleźć, jest git.

Powtórzę: nikt nie mówił, że będzie lekko, ale im więcej dowiadujemy się o świecie, tym jest łatwiej. Mądrość przychodzi z czasem. Warto z niej korzystać. I nieustannie się rozwijać.

Tego Wam życzę na weekend, a jeśli chcecie się pożalić, pogadać, wymienić doświadczeniami, zapraszam do dyskusji w komentarzach.

Uściski!

Wasza

 

3 zdania, które mogły mnie sprowadzić na dno, ale stało się inaczej

Błędy poznawcze, czyli jak szybko doprowadzić się do szaleństwa. Uwaga, ciężki wpis!

W moim życiu nic się nie dzieje – 3 powody, dlaczego i 3 wskazówki, jak to naprawić