Gdyby nie Diana (czyli @si.seniorita na IG), pewnie nigdy nie zmobilizowałabym się do opowiedzenia o tej pragmatycznej, antyromantycznej stronie naszego wyjazdu, ale ok. Koszty są ważne, hajs się musi zgadzać. No to zaczynamy.

Islandia nie była moim marzeniem. Hipsterska. Oklepana. Każdy tam już był, co nie? A w dodatku zimno. Ale z każdym dniem, im więcej dowiadywałam się o kraju lodu i ognia, mój entuzjazm wzrastał. W samolocie moja ekscytacja sięgała zanitu, ale to i tak było niczym w porównaniu z tym, co zobaczyłam na miejscu. O tym, jeśli będziecie chcieli, napiszę kiedy indziej. Dwie najważniejsze rzeczy: nasza eskapada była dla czterech osób, dwóch par. Prócz mnie i mojego ukochanego uczestniczyli w nim Michał i Ada, którzy w ogóle byli spiritus movens tego wypadu. Gdyby nie marzenie Ady o zobaczeniu zorzy i kryształowych plaż, mój luby pewnie nie powiedziałby mi w listopadzie: ej, kupiłem bilety na Islandię, lecisz ze mną.

Druga sprawa, o jakiej musicie wiedzieć, to przelicznik. W sklepie najłatwiej ogarnąć, co ile kosztuje, posługując się takim mykiem, że 300 koron islandzkich to 10 zł.

No. Tymczasem, skoro już wspomniałam o samolocie…

Koszt biletów lotniczych

Wszędzie lecieliśmy WizzAirem, bo połączenia wyszły najtaniej (warto zainwestować w Discount Card, bo zwraca się już po 3-4 lotach we dwie osoby). Wszystkie bilety na tą wyprawę kupiliśmy 30 listopada 2018 r.
Wylecieliśmy z Poznania 27 lutego o 6.40, żeby wylądować na Londyn – Luton o 07:55.
Na Luton musieliśmy trochę pozwiedzać lotnisko, bo wylot do Reykjaviku zaplanowany był na 16.10. W Reykjaviku wylądowaliśmy o 19.10.
Z Reykjaviku wylatywaliśmy 3 marca o 19.55. I tutaj niestety okazało się, że pracownicy lotniska dość rzetelnie sprawdzali wielkość bagaży (a jak można się było spodziewać większość z nich była ponadwymiarowa), przez co nasz wylot opóźnił się o jakieś 80 minut (tyle czekaliśmy na dojazd osób, które musiały dopłacić do nadbagażu (serio, zebrał się ich prawie cały autobus).
Tutaj oczywiście nie chcę straszyć, bo my przeszliśmy przez bramki bez problemu, mimo że nasze plecaki zdecydowanie miałyby problem ze zmieszczeniem się w rozmiarach. Warto jednak wiedzieć, że taka sytuacja może się zdarzyć.
Wylądowaliśmy ponownie na Londyn Luton trochę po północy (planowo mieliśmy być o 22.50) i pojechaliśmy na spanko.
Po całym dniu w Lądku, 5 marca o 8:45 wylecieliśmy (jak zwykle – z Luton) do Poznania.
Ceny poszczególnych lotów (wszystkie wyszukane i kupione bezpośrednio na stronie Wizzaira 30 listopada 2018 r. z kartą zniżkową Wizzair):
Poznań – Londyn Luton – 44 zł za osobę
Londyn Luton – Reykjavik – 86 zł za osobę
Reykjavik – Londyn Luton – 105 zł za osobę
Londyn Luton – Poznań – 67 zł za osobę
Łącznie: 302 zł 
PS. Bez karty Wizzair Discount koszt biletów byłby większy o około 80 zł na osobę, a że karta kosztuje 29,90 euro (126 zł) i można ją wykorzystać na zakup biletów dla dwóch osób (a więc oszczędzamy 2 x 80 zł) było oczywistą oczywistością, że ją kupimy. 🙂

Koszty noclegu

Rezerwowaliśmy apartament dla dwóch par w Reykjaviku na 5 nocy. Wyszło 486 £, czyli 2,431.17 zł. Idąc dalej, za jedną osobę na jedną noc dla wszystkich wyszło 486,20 zł, a na jedną osobę 121,55 zł.

Mieszkanko było rewelacyjne. Dwie sypialnie z podwójnymi łóżkami, salon z dodatkowym narożnikiem, stół i krzesła, cudownie wyposażona kuchnia… A nade wszystko wspaniałe książki. Ach, mogłabym nie wychodzić z tego mieszkania, a i tak bawiłabym się świetnie

Koszty wypożyczenia samochodu

Prawda jest taka: bez pojazdu po Islandii nie da się podróżować. Komunikacja (czyt. autobusy) są drogie i nieobliczalne. Dlatego wypożyczony samochód albo rowery znacznie ułatwiają sprawę.

Jako że jechaliśmy w marcu, zdecydowaliśmy się na auto. Nie miało napędu na cztery koła, ale poruszaliśmy się i tak po głównych drogach, więc nam wystarczyło. Wypożyczyliśmy Volkswagena polo.

W Internecie pełno jest informacji, że trzeba mieć kartę kredytową, by móc wypożyczyć auto, ale tak naprawdę wystarczy zwykła karta debetowa z środkami na niej, które zostają zablokowane na czas wypożyczenia auta. Tak w razie czego, gdyby przyszło Ci np. jednak nigdy nie oddawać auta albo wjechać nim do oceanu. Koszt wypożyczenia to 92 £ za 4 dni. Plus wykupienie 27 £ pełnego ubezpieczenia.

Zdecydowanie lepiej doinwestować niż potem płacić np. 800 euro za wstawienie nowej szyby, bo się okaże, że jest na niej jakaś rysa od kamyczka, który ją porysował… A kamyczków jest na Islandii pełno i bardzo łatwo uszkadzają karoserię auta. Zwłaszcza, gdy wieje, a w marcu wieje baaardzo… Oczywiście należy doliczyć także benzynę. 85 euro. Jeździliśmy całe 4 dni.

Po przeliczeniu złotówkowym wychodzi 595 zł w wypożyczalni + 365 zł za benzynę = 960 zł. 

Na 4 osoby wychodzi w miarę korzystnie, bo 240 zł. I w ogóle było bardzo wygodnie z tym autem, bo wypożyczamy na lotnisku w Keflaviku i w Keflaviku na lotnisku też się autko zdaje. A w firmie, z której usług korzystaliśmy, pracowali sami Polacy. Przynajmniej my na samych Polaków trafiliśmy, więc było łatwo i przyjemnie.

Pamiętajcie, że maksymalna prędkość poruszania się na islandzkich szosach to 90km/h! Nie wiadomo, kiedy z góry na drogę spadnie lawina kamyków, więc faktycznie lepiej zachować ostrożność, a na obszarach zabudowanych to 50 km/h. I nie możecie mieć w krwi ani śladu alkoholu, to nie Wielka Brytania, tylko surowa Islandia. Tu się za takie rzeczy płaci, i to drogo. Przekroczysz prędkość o 20km/h i dostajeszz mandat w wysokości… 4 tysięcy złotych. A fotoradary są w najmniej spodziewanych miejscach, więc miejcie się na baczności, okej? 

Koszty jedzenia

Na Islandię można wwieźć 3kg jedzenia, więc polecam to zrobić. Wszystko tam jest drogie. Naprawdę. Zatem paczka makaronu, kostka sera, owsianka i inne proste dania, przygotowane samemu, mogą Was zbawić.

Zakupy w sklepie spożywczy Samkaup, który mieliśmy najbliżej, złożone 500 g jogurtu (prawdziwy islandzki skyr of course, trzeba było spróbować), paczuszki zwiędłej mięty 30g, dziesięciu jajek, jednej limonki, sprite’a i litra mleka wyniosły nas 2 293 korony czyli 72 zł.

Ale już w Netto (które na Islandii jest niebieskie, nie żółte, jak u nas) to już o wiele większe zakupy za mniejszą cenę. Udało się nawet kupić coś w rodzaju piwa, Viking Pilsner, chociaż zawartość alko była tam znikoma. Oba paragony przedstawiam poniżej.

Kawa w kawiarni to z kolei wcale nie tak duży wydatek, ceny porównywalne do polskich. Za dwie kawy w Stofan Cafe zapłaciłam 1160 kr, czyli 36,88 zł. Co innego obiad w restauracji… Poszliśmy na najlepszego burgera w Reykjaviku. Oczywiście zamówiłam opcję wege, bo, umówmy się, wegetarianizm to nie jest coś, od czego robisz sobie wakacje, jak niektórzy myślą. No i tam, w Le Kock, zjadłam solidnego burgsa z kotletem z soczewicy i boską wręcz sałatkę z pieczonych ziemniaków i fasoli. Ponieważ wcześniej nie wiedziałam, że można zrobić tak dobrą i ładnie wyglądającą sałatkę, a w ogóle w knajpie puszczali super muzykę i w ogóle tak fajnie tam było, to nie żałuję tych 100 zł, które tam wydałam.

Co więcej, dwa dni później wróciliśmy w to samo miejsce na lunch. I znowu nauczyłam się nowego dania, tostów z tuńczykiem i papryką. Chleb mieli w ogóle doskonały, dla mnie bomba. Idźcie tam, jedno danie to co prawda wydatek ok. 2 500 koron (czyli ok. 85 zł plus napój, czyli trzeba liczyć 100 zł). Obok jest też piekarnia i jakieś orientalne jedzenie, wszystko  naprawdę wygląda super. Poniżej na zdjęciu Ada się zajAda. 🙂

Poza tym najlepszym daniem, jakie zjadłam na Islandii, było spaghetti Michała. Jedzenie było tak pyszne, że postawiło mnie na nogi, kiedy miałam gorączkę i dużo wskazywało na to, że będzie ciężko następnego dnia wyciągnąć mnie z łóżka.

Pamiątki i turystyka

Jeśli chcecie kupić niedrogo (heh, stosunkowo) pamiątki, to kierujcie się w Reykjaviku do Shopicelandic.com. Jedna pocztówka u nich kosztuje ok. 5 zł, nie tak, jak gdzie indziej, 15 zł czy więcej. Za skarpetki ze wzorkiem w maskonury dla taty zapłaciłam 15 zł, czyli bardzo, bardzo mało (podejrzewamy, że produkcja pamiątek odbywa się w Chinach). Wszędzie generalnie można płacić kartą (jeśli jeszcze nie macie, koniecznie obczajcie Revoluta), prócz słynnego już targu, który jest czynny w Reykjaviku tylko w weekendy. Tam trzeba mieć gotówkę, ale bankomat stoi niedaleko. Właśnie tam Ada nabyła niesamowite rękawiczki z wełny islandzkiej owieczki i przy okazji wreszcie mogliśmy obejrzeć islandzkie banknoty.

Trochę żałuję, że nie kupiliśmy gumy do żucia opakowanej w takie torebeczki. Pamiątka idealna. Niestety, trochę nam było żal pieniędzy, ale… Może następnym razem? Kto wie?

Wejścia na teren z atrakcjami turystycznymi są z reguły bezpłatne. Dużo kosztuje za to jedzenie w knajpkach obok. Ceny są horrendalne! Przy gejzerach dwie obrzydliwe kawy i talerzyk równie ohydnych frytek kosztowały 50 zł. Warto mieć zatem ze sobą kanapki i termos, to naprawdę genialna sprawa.

Jedynym miejscem, w którym musieliśmy uiścić opłatę, był krater Kerið. Wulkan, którego zdecydowanie nie może zabraknąć na trasie Waszej wycieczki. Bilet kosztował zresztą niedużo, 350 ISK, no to proszę Was, co to za śmieszne pieniądze w porównaniu z burgerem…

O atrakcjach i przyrodzie następnym razem. Mam nadzieję, że tekst przyda się Dianie oraz innym zainteresowanym.

A jeśli macie ochotę na mnie zagłosować w konkursie Gala Roku w kategorii blogi literackie, to będę wdzięczna. Klik!

Tyle na dziś!

Wasza

Pojedź świadomie i zrozum, co się na świecie dzieje. Rozmowa z Jaśminą i Tomaszem Labusami z sladamimarzen.pl

Manchester, Malaga, Berlin, czyli kilka lekcji o byciu zen oraz zamawianiu tostów

Weekendowy romans z Lublinem, cz. 1. Co zjeść w Lublinie?