Absolutnie rozumiem podróżników, którzy pakują plecak, wybierają dwa najtrudniejsze szlaki Europy (Krzyś) albo stwierdzają, że będą pierwszym człowiekiem w historii, który przejdzie Łuk Karpat (Łukasz). Albo nic nie stwierdzają, czują po prostu, że czas ruszyć i wylatują do nieznanego kraju (Kasiol). I robią to, w samotności. Ale powiem Wam jedno: im więcej ludzi w podróży, tym więcej magii! Można w ten sposób trafić prosto do basenu samego szejka!

Nadmienię zatem, że prócz mojego ukochanego, w naszej Londyńskiej eskapadzie uczestniczyli również Radek, Mary, Rozi, Misiek, Kuba, Marysia, Ada i Lis. I chcę im gorąco podziękować za zajebistość, którą się z nami dzielili przez te kilka dni. Niech będzie Wam chwała!

A teraz do rzeczy, czyli do pałacu. Bo ta chata sułtana to niebyle co, tylko serio, pałac.

Cofnijmy się zatem do kolejnej lampki wina w L’autre. A jeśli nie wiecie, czym jest L’autre, to przeczytajcie poprzednią notkę o Londynie.

Jesteśmy w ekipie przed lokalem. Rozmawiamy w dalszym ciągu o naszych supermocach. Radek na przykład wyróżnia się spośród zwykłych śmiertelników alkoholizmem. Moja niezwykła umiejętność to nadwaga. Mój ukochany ma supermoc matactwa. Mary…Gdzie jest Mary?

Zanim zdołamy opróżnić trzecią butelkę wina, Mary pojawia się i mówi: możemy iść do sułtana w każdej chwili, ale dopijmy na spokojnie.

O Mary musicie wiedzieć dwie rzeczy. Po pierwsze: nie dość, że jest najsympatyczniejszą znaną mi osobą i z każdym potrafi nawiązać nić porozumienia, to jest po prostu przepiękna. Po drugie: jej prawdziwa supermoc to uroda, a nie, jak ustaliliśmy, przynoszenie pecha.

W ogóle, to razem z Mary i Rozi stanowiłyśmy wybuchową mieszankę. Coś pomiędzy atomówkami pozbawionymi umiejętności latania a tercetem. Niezbyt egzotycznym, za to bardzo energicznym. Spójrzcie sami i wybaczcie tę narcystyczną dygresję.

Piękne atomówki. Od lewej: Mary, ja, czyli literatka i Rozi Karate Kid (a tak serio to Woman of Steel, o czym później).

To dalej te same kobiety. Tylko jeszcze piękniejsze!

Dalsza akcja wygląda tak, że faktycznie sobie pijemy dalej w spokoju, aż tu nagle z knajpy wytacza się bardzo, ale to bardzo gruby człowiek. Polak, koło pięćdziesiątki, nie wiem do końca, w jakim wieku, bo sadełko na twarzy działa niczym botoks. Łysy raczej, w koszuli rozchełstanej, o wzroku mętnym, bo schlany był tak, jak to tylko może się upić Polak na długotrwałej emigracji. Nazwijmy go Wacławem. Okazuje się, że to kumpel naszej kochanej Mary. Jego fucha polega na tym, że mieszka w pałacu, który jest całkiem nieopodal. Opiekuje się włościami, kiedy właściciel jest u siebie (mniemam, iż w Arabii Saudyjskiej), sprząta, odpala samochody raz w tygodniu i sprasza na chatę fajne dupy, myśląc, że zaliczy. Myślicie, że ma klawe życie?

Będąc takim otyłym, kiedy żyje się w ogromnym domu z wielką siłownią?

Nie mając żadnej kobiety, do której można się przytulić?

Otaczając się rzeczami, które wcale nie są jego?

Wyrywając głupie małolaty na chatę, która należy do kogoś innego?

Wacław zaprasza całą ekipę do siebie, tj. do sułtana. Mówi, że ostatnio chatę wynajmowali Justin Bieber i 50 Cent, a na urodzinach jednego z nich wysypano dziedziniec piaskiem i ściągnięto wielbłądy.

Chciałabym w tym momencie, abyście zapamiętali: gdy zostanę milionerką (oczywiście przez udział w programie Milionerzy, bo na książkach naprawdę trudno zarobić, jeśli nie jest się Michałem Szafrańskim), nie organizujcie mi plaży w moim pałacu, dobrze? Uważam, że Anakin Skywalker ma rację. Piasek wszędzie włazi i trzeba go nienawidzić. Wody z kolei się boję, więc jak poustawiacie dużo roślin w doniczkach, będzie jak znalazł.

W chacie u sułtana wita nas gigantyczna kuchnia i mnóstwo wielkich posągów błogosławiącego nas Buddy. Jestem trochę tym onieśmielona, ale Radek najwyraźniej jest z Buddą w relacjach kumpelskich, bo na powitanie przybija figurze high five i dziarsko rusza dalej. Część z nas ogląda sypialnie (jest ich sporo), ja szukam ciekawych książek w salonie i faktycznie je znajduję, ale półek jest dużo więcej niż lektur. Całość urządzona jest w stylu: śpię na pieniądzach dużo częściej niż w tym domu. Wszystko jest nowoczesne, bogate i bardzo nieprzyjazne. Schodzimy szklanymi schodami w dół, a tam solarium, sauna, basen, bilard, barek z alkoholem, wielki telewizor, czarne kanapy…

I siłownia. Nie wiedzieć czemu, to tam, tuż za Rozi, kieruję się w pierwszej kolejności.

Rozi nie jest wysoka, więc może wprowadzać w błąd i sprawiać wrażenie delikatnej, bezbronnej dziewczyneczki. W istocie to wciąż delikatna, ale jednocześnie twarda babka, która chodzi po górach z gigantycznym plecakiem. Niestraszny jej chłód czy ulewa. Każdego niedźwiedzia oślepiłaby do reszty swoimi białymi jak śnieg, pięknymi zębami i pokonała w bitwie na pięści. Kiedy tylko docieramy do pomieszczenia ze sprzętami do ćwiczeń, udowadnia mi to, boksując najpierw w ogromny wór treningowy, a potem w manekina do nokautu. Czytaj: napierdala jak wściekła wiewióra.

To trzecia znana mi osoba, która trenuje boks. Pierwsza to Katarzyna Maniszewska (podróżniczka, autorka książek, wykładowczyni), druga to Sylwia Chutnik (pisarka), a na końcu właśnie Rozi (fanka dobrej literatury, wygodnych butów i samodzielnych remontów).

Kiedy Rozi zaczyna uczyć Mary, jak zadawać ból, udaję się popykać w bilarda. Trudno zająć dobrą pozycję i uderzyć kijem z każdej strony, bo dziwnie jest ten stół stawiony. Zastanawiam się, czy naprawdę służy do gry, czy może do czegoś innego… Nagle pojawia się alkohol. Chwilę potem Radek ląduje w ubraniu w basenie. Okazuje się, że dyskutował z Wacławem i ten udowodnił mu, że ma czarny pas w karate. Później dowiadujemy się, że powalił nie tylko naszego towarzysza, ale i ochroniarza Bruce’a Willisa. Ciekawe, czy wtedy był szczuplejszy, czy może wręcz przeciwnie. Nagle jakby znikąd pojawia się Lis i powtarza co najmniej dwukrotnie, że to wszystko jest bardzo nieoczekiwanym, niespodziewanym zwieńczeniem i tak cudnego wieczoru. Kąpiemy się w ciepłej wodzie. Pośród młodzieńczej radości plącze się smutne cielsko Wacława i jego groteskowa koszula w bure kwiaty, jakby te kwiaty straciły kolory i zwiędły od braku celowości w jego życiu.

Być może, gdyby nie nasi mężczyźni, stałaby nam się krzywda. Ale gdyby nie oni pewnie nie przystałybyśmy na zaproszenie Wacława. Czy wy, drogie Czytelniczki bloga fabrykadygresji.pl, przystałybyście na taką wyprawę w nieznane bez obaw?

Po wszystkim kradniemy trzy butelki alkoholu, ubieramy się pospiesznie, bo sułtan ma jutro przyjechać z wizytą. Problem u większości to mokra bielizna. U Radka – wszystkie ciuchy i zamoknięty telefon. Mimo tego w dobrych humorach (i gaciach w ręku) idziemy do pobliskiego parku, na ławkę, by posłuchać Dawida Podsiadło i porozmawiać. Dziwię się bardzo, że mam po chwili w uszach Małomiasteczkowego, Początek i Trójkąty i kwadraty. Tak daleko od domu, a Dawid taki sam. Uderza mnie to, że Rozi i Michał też mieszkają zagranicą, są z Manchesteru, a tymczasem Rozi widziałam ostatnio częściej niż część swoich przyjaciółek.

Wszystko jest takie względne. Kiedy masz z kimś więź, odległość przestaje istnieć. Fizyka przestaje działać, gdy pojawiają się emocje, uczucia… Przynajmniej do pewnego czasu.

Park w nocy wygląda jak każdy inny, tylko jakoś tak mniejszy strach przed policją. Ale Londyn w nocy? Nie mogę tego widoku przyrównać do żadnego innego znanego mi do tej pory miasta. Jest trochę jak w Gotham City, ale tak naprawdę to nie. Budynki są olśniewająco piękne. To w końcu królewskie miasto. Jest dostojnie i dystyngowanie.

Nie tak szaleńczo, kolorowo i jarmarcznie jak na Camden Market. Nie tak beztrosko i zielono jak w Hampstead, gdzie mieszkał m.in. Zygmunt Freud. Tam udamy się jutro i pojutrze, o czym w części trzeciej wpisu. Widzicie, Londyn to ogromne miasto. Każdego dnia zaskakiwał nas zupełnie czymś innym.

A mnie, tak jak zawsze podejrzewałam, w podróży najbardziej zaskakują ludzie.

To chyba na tyle.

Jak zawsze Wasza

By nie przegapić następnego postu, zaobserwuj mnie koniecznie na Facebooku:

A jeśli spodobała Ci się druga część Londyńskiej eskapady, być może zainteresują Cię również poniższe wpisy.

Londyńska eskapada, cz. I: fuck-up z Big Benem i penis na czole (ale na szczęście nie moim)

Weekendowy romans z Lublinem, cz. 1. Co zjeść w Lublinie?

Dzień, w którym próbowali zamknąć mi usta