Pierwszy dzień naszego pobytu na Islandii spędziliśmy standardowo jak na turystów przystało, odwiedzając kolejne atrakcje Złotego Kręgu. Drugiego dnia spacerowaliśmy w Reykjaviku, bo padało, a ja troszkę się gorzej czułam. Trzeciego za to udaliśmy się bardzo na południe wyspy, by usłyszeć szepty trolli i poczuć potęgę oceanu.

Przed opuszczeniem mieszkania obiecaliśmy sobie, że to będzie dzień, a raczej noc, kiedy zobaczymy wreszcie zorzę polarną. Prawdopodobieństwo sprawdzone dzięki specjalnej aplikacji (Aurora Alerts i My Aurora Forecast) mówiło dużymi literami: DZISIAJ ALBO NIGDY. (A przynajmniej nie podczas tego wyjazdu). Razem z Adą wspólnie zdecydowałyśmy, że to morze być nawet jedno pasemko świateł, taki wypierdek zorzy, byle cokolwiek jednak zobaczyć. I z takim podejściem we czwórkę ruszyliśmy ku przygodzie, znów na Południe Islandii.

Kosmiczny pies w Dolinie Reykjadalur

To było dziwne, wiecie? Bo podczas zwiedzania Złotego Kręgu, kiedy byliśmy w Þingvellir i kraterze Kerið, myślałam, że trudno będzie zobaczyć coś piękniejszego. Nie tylko na Islandii. W ogóle, tak w życiu. A jednak wyspa lodu i ognia zaskoczyła mnie z każdym kolejnym krokiem. Nie tylko fundując wstrząsające wręcz doznania estetyczne, ale i… przeżycia duchowe.

W Dolinie Reykjadalur, odległej od Reykjaviku o niespełna 50 km (45 minut drogi autem), zachłysnęliśmy się wręcz potęgą natury. Opuściwszy auto, zaczęliśmy podążać krętą ścieżką między majestatycznymi wzgórzami. Mijaliśmy co chwila charakterystycznie pachnące źródełka i ułożone pośród żółtej trawy kamienie, wyglądające jak stołówka dla trolli. Po kilkudziesięciu minutach spaceru, podczas którego nietrudno było uwierzyć, że kiedy Floki dotarł do wyspy, pomylił ją z Walhallą, dotarliśmy do miejsca, gdzie rzeka Reykjadalur zmienia się w gorące źródło. Mimo zimna turyści szaleli dookoła w strojach kąpielowych i bawili się w najlepsze, wylegując w niesamowicie ciepłej wodzie.

 

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

Post udostępniony przez Emilia Teofila Nowak (@emiliateofila)

To właśnie tam poznaliśmy Lottę. Kosmicznego psa, który zjawił się znikąd i od razu zaczął się przymilać do Ady. Lotta musiała być strażniczką tego magicznego miejsca. Nikt bowiem nie przyznał się, że jest jej właścicielem, zaś psina traktowała wszystkich tak samo przyjacielsko. W pewnym momencie wybiegła poza teren dozwolony dla turystów, zaczęła coś kopać i głośno szczekać. Co jednak znalazła? I czy było to coś złego? Nie wiemy, ale jeśli nawet, to Lotta i jej oddział trolli na pewno się z tym rozprawili.

Jeśli chcecie poznać więcej szczegółów na temat tej atrakcji, koniecznie przeczytajcie świetnie opracowany artykuł na biteoficeland.pl. Tam to dopiero się napatrzycie na piękne widoki!

Kąpiel w opuszczonym basenie Seljavallalaug

O nim w przewodnikach raczej nie przeczytacie. Dowiedzieliśmy się o nim dzięki znajomej Ady, która pracowała w Reykjaviku. Potem przeczytałam o tej miejscówce również w Szeptach Kamieni Bereniki Lenard i Piotra Mikołajczaka. Nie wiedzieliśmy, czego się spodziewać. A jeśli już, to na pewno nie tego.

Po drodze odwiedziliśmy dwa wodospady, Skógafoss i Seljalandsfoss, które prezentowały się kapitalnie. Nie mogły jednak w żadnej mierze równać się z tajemniczą doliną prowadzącą ku opuszczonemu basenowi.

Trudno mi to opisać.

Jeszcze nigdy nie widziałam niczego, co mogłoby w jakikolwiek sposób konkurować z przyrodą, która wtedy wzięła nas w swoje zielone ramiona.

Pamiętam chrzęst kamyków pod butami i niebywałą radość, która mnie ogarnęła, gdy rozglądałam się dokoła. Białe ptaki tańczyły przy wierzchołkach gór, z których spływały setki małych wodospadów. Idealna harmonia. Mogłabym w niej trwać aż po kres wszystkich dni.

W pewnym momencie zza pagórka wyłonił się słynny basen. Kąpielisko powstało w 1923 roku i służyło Islandczykom do obowiązkowej nauki pływania. Z czasem powstało wiele nowocześniejszych akwenów, więc Seljavallalaug stawał się coraz rzadziej uczęszczany. Dziś jest ciekawą atrakcją turystyczną, nie aż tak tłumnie obleganą jak wodospady czy gorące źródła. Woda tutaj ma ok. 25 stopni Celsjusza, więc nie jest aż tak ciepła. Do basenu wpada gorąca woda termalna, ale tylko z jednej rury. Zdarzają się też ciepłe strumyczki z miniwodospadów, które ciekną z góry i wpadają do zbiornika, ale nie wpływa to znacząco na podniesienie temperatury. A w szatniach jest mega syf, więc przygotujcie koniecznie klapki kąpielowe, jeśli nie chcecie rozpocząć uprawy pieczarek na własnej skórze.

Więcej o historii basenu przeczytacie u beforewegetold.pl.

Zupa z rzepy na czarnej plaży Reynisfjara

Trafiliśmy na tę wyjątkową plażę po przejechaniu jakichś 180 km od Reykjaviku. I lekko się przeraziliśmy tłumem ludzi. Nigdy dotąd nie widzieliśmy w jednym miejscu aż tylu turystów. Co więcej, brzeg oceanu zajmowali w większości fotografowie z wypasionym sprzętem na wielkich statywach. Zastanawiające, dlaczego każdy z nich chciał zrobić to samo zdjęcie, ale… Cóż, to tak jak z literaturą zapewne. Wszystko już zostało napisane, ale to nie znaczy, że nie możesz dodać czegoś oryginalnego od siebie.

Znów poczułam się bardzo malutka, spacerując brzegiem oceanu. Nigdy wcześniej nie widziałam tak wielkich i głośnych fal, które wlewały się daleko w plażę, ku radości uciekających turystów. Czarny piach kontrastował niepokojąco z błękitem nieba. Z jednej strony było to dla mnie niecodzienne połączenie kolorystyczne, z drugiej absolutnie naturalne. Niepokoiło mnie, że w tej okolicy fale zabrały już na przestrzeni ostatnich lat kilku turystów. Patrząc na śmiałków, którzy stawali na skałach, po których tuż przed chwilą zsuwała się morska piana, tylko po to, by zrobić sobie zdjęcie jak tysiące osób przed nimi, czułam przerażenie.

Dla mnie już niezwykłe było to, że mogę patrzeć na wystające z oceanu dziwaczne kształty. Wdychać słone powietrze. Czuć zimny wiatr na policzku i snuć beztroską pogawędkę z ludźmi, z którymi dobrze się dogaduję.

No właśnie. I że jestem z ukochanym, i przyjaciółmi.

To ostatnie zdecydowanie najważniejsze.

W pobliskiej knajpie podratowaliśmy puste brzuchy zupą z rzepy i gorącą kawą. Na dworze zapadał już mrok. Ruszyliśmy w drogę powrotną do stolicy.

I w pewnym momencie coś zaczęło się dziać. Hen, daleko i wysoko, na mrocznym niebie.

Przykleiłam nos do szyby. Nie mogłam w to uwierzyć. Po chwili Ada potwierdziła, że też widzi to, co ja, i że to musi być zorza.

Kosmiczna akwarela rozlewała się nam nad głowami. Najpierw na zielono, potem również złociście.

I zdecydowanie nie było spektakularnie. Wiecie, na początku nawet nie wiedziałyśmy, że to zorza, a nasi partnerzy nie chcieli nam uwierzyć. Dopiero kiedy wszyscy wysypaliśmy się auta i wbiliśmy oczy w mrok, stało się jasne, że to wypierdek zorzy, o który tak błagałyśmy.

Może więc byłyśmy za mało wymagające? Gdybyśmy prosiły Wszechświat o coś bardziej spektakularnego – udałoby się?

Ale to wystarczyło. Jak na pierwszy raz. Te polarne światła były jak zaproszenie, by wrócić po raz kolejny na niezwykłą wyspę…

I z pewnością tak się wreszcie stanie.

A jeśli Wy chcecie podążyć trasą naszej wędrówki, to bardzo proszę, TU ZNAJDZIECIE MAPKĘ. Ponieważ na sam koniec dnia dobrze uzupełnić paliwo, stację benzynową znajdziecie w Viku, który jest tuż obok czarnej plaży. Z powrotem wracajcie cali i zdrowi!

Wasza

Islandia. Koszty 4-dniowej eskapady

Manchester, Malaga, Berlin, czyli kilka lekcji o byciu zen oraz zamawianiu tostów

Londyńska eskapada, cz. 2: girlpower, balety na chacie u sułtana i Dawid Podsiadło