Lipiec, czyli śpiewający karzeł, klaustrofobia i balety u sułtana w Londynie

Lipiec, czyli śpiewający karzeł, klaustrofobia i balety u sułtana w Londynie

Płonę! Pot ścieka ze mnie kroplami wielkimi jak ziarna grochu. Temperatura w Poznaniu daleka jest od poezji. 33 stopnie w cieniu to dramat (tudzież patologia), ale i tak czuję się rewelacyjnie! Bo działo się i dziać się będzie. Już Wam opowiadam!

Pisanie

Wreszcie (po latach pierdolenia, że to robię) wzięłam się naprawdę do pisania. Pomogły mi w tym warsztaty literackie oraz zupełnie nowy projekt. Moja kolejna książka będzie lekką, zabawną, zmysłową i… dziwną powieścią dla kobiet. Opowiadać będzie o dwóch absolwentkach poznańskiej uczelni, Grażynie i Antoninie, które wyruszają w Sudety, by ratować rodzinny biznes jednej z nich. Będzie płomienny romans z pisarzem, góry i śpiewający karzeł. A to tylko część atrakcji. Napisałam 6 rozdziałów i cisnę dalej. Trzymajcie kciuki!

Do tego przeczytałam dwie godne uwagi książki, które trafiają do mojej feministycznej biblioteczki. To A ja żem jej powiedziała Katarzyny Nosowskiej i równie lekkie w lekturze Wzloty i upadki młodej Jane Young napisane przez Gabrielle Zevin. Pochłonęłam też Dżozefa Jakuba Małeckiego, ale o tym ze szczegółami nieco później…

Podróżowanie

W lipcu wybraliśmy się najpierw na Mazury i do Malborka, a potem na drugą już odsłonę obozu wędrownego (o pierwszej, sudeckiej, możecie przeczytać tu). Tym razem wytrwaliśmy w Beskidzie Niskim tylko trzy dni. Słabiaki-Poznaniaki. Ulewne deszcze i agresywne burze, a także nieoczekiwane odparzenia stóp (nie wiem, jak to się stało, łaziłam w tych butach cały rok!) i ból kolana (Darek, idź w końcu do lekarza, Pirenejów w ten sposób nie zrobisz) nieco zabrały nam przyjemność z wyprawy. W ciągu tych kilku dni przeszliśmy jednak ok. 60 kilometrów, więc średnią mamy całkiem niezłą. Tym bardziej, że w zeszłym roku szłam na lekko i nocowaliśmy w schroniskach, a teraz miałam spory plecak. Noce natomiast spędzaliśmy tam, gdzie padliśmy. Namiot kupiony w Decathlonie spisał się rewelacyjnie. Nie przeciekał, było w nim cieplutko… Ale jego czarne ścianki, które zupełnie nie przepuszczały światła, uwolniły moją wcześniej głęboko skrywaną klaustrofobię.

Atak obudził mnie pierwszej nocy.

Zupełnie zapomniałam, jak się oddycha!

Od tej pory spałam z głową przy otwartym wyjściu. Całe szczęście, że w nocy nie padało, bo miałabym zalane zatoki. A może i znając mój talent do robienia sobie krzywdy, utonęłabym w pojedynczej kropli deszczu? Kto wie? Jeśli chcecie przeczytać więcej o naszych przygodach w górach albo dowiedzieć się co nieco o fajnych miejscówkach na szlaku, dajcie znać w komentarzach, dobra?

Poza tym odwiedziliśmy też Londyn. To był mój pierwszy lot samolotem i pierwsza zagraniczna podróż. Byłam nie tylko oczarowana pięknem królewskiego miasta, ale i świetnie wypoczęłam w wybornym towarzystwie przyjaciół. Więcej już niedługo w osobnym wpisie.

Postaram się Wam wyjaśnić, jak to się stało, że wylądowaliśmy w pałacu sułtana i gdzie zjeść najlepsze pierogi ruskie w UK. A w ogóle zapraszam Was na mój podróżniczo-pierogowy profil na fejsie JEM PIEROGI. To trochę żart. A trochę nie.

Firma

Sezon letni to zdecydowanie nie są żniwa dla mojej branży. Lipiec pod względem klientów nie był dla mnie łaskawy, bo do recenzji zgłosiła się tylko jedna autorka. Ale nie ma tego złego, bo dzięki temu wraz z Justyną (o wszystkich, którzy w Fabryce pomagają produkować najlepsze dygresje przeczytasz TU) możemy bardziej poświęcić się innym zadaniom. Ja na przykład przygotowuję warsztaty na wrzesień/październik, które odbywać się będą stacjonarnie w Poznaniu. Zainteresowani? Więcej o warsztatach literackich w tym miejscu. Albo na mailu. Piszcie śmiało na fabrykadygresji@gmail.com!

Dorastanie

Weekend w Londynie uświadomił mi, że o czymś zapomniałam.
No bo książka się pisze, miłość kwitnie, zdrowie powoli wraca, spokój psychiczny już jest, dach nad głową na wsi wisi, klientów mam akurat tylu, coby sobie normalnie pracować i nie być niczyim niewolnikiem…
Ale hej.
Co z przyszłością?
Oszczędności? Kurde, nie mam.
Plan na to, gdzie chcę mieszkać? Nic z tych rzeczy. Kiedyś byłam zdecydowana na Poznań, teraz już nie wiem, czy w ogóle chcę osiąść gdzieś na stałe.
A część z moich znajomych ma już własne chaty i dzieciaki. Mi póki co własny dom ani tym bardziej dzieci niepotrzebne, i to wcale a wcale, ale jeśli coś ma się kiedyś zadziać w tym temacie, lepiej być na to przygotowanym, prawda? A może właśnie nie? Oto temat do przemyślenia.

Na koniec dodam, że zdjęcie w nagłówku sprezentował mi Mateusz Zimny, który będzie jeszcze miał okazję współpracować z Fabryką Dygresji. To on uwieczni chwile podczas spotkania autorskiego z Ewą Giurkowicz, które odbędzie się już 23 sierpnia w Poznaniu, przy ulicy Głogowskiej! Serdecznie zapraszam na to wydarzenie!

Uffff, jak gorąco.

Jakub Małecki – Rdza

Jakub Małecki – Rdza

Skończywszy Rdzę Jakuba Małeckiego, pomyślałam, że nic w życiu nie ma sensu, nawet czekanie na śmierć, lepiej sobie od razu strzelić w głowę i po sprawie. Chciało mi się płakać nad losem bohaterów i własnym życiorysem, nad bolączkami całego świata i ludzką niesprawiedliwością. Ale potem przypomniał mi się najważniejszy element tej całej układanki, Rdzy i własnej egzystencji. Facet, który gołymi rękoma zabił niedźwiedzia podczas ucieczki z zesłania na Syberię. Tak. To dla niego przede wszystkim warto było przeczytać tę książkę.

Ale, rzecz jasna, nie tylko.

O Jakubie Małeckim coś tam słyszałam, ale mało, dlatego postanowiłam sięgnąć po tak chętnie promowaną na rodzimym bookstagramie Rdzę. Zapoznawszy się z krótkim biogramem autora na skrzydełku książki, zdziwiłam się, że Małecki publikował już chyba we wszystkich czytanych przeze mnie czasopismach, dostał kilka zacnych nominacji (w tym do Angelusa i NIKE), a ja dalej nie bardzo potrafię dopasować jego buzię do stworzonych przez niego tekstów. Zatarłszy ręce, przystąpiłam do zacierania własnej ignorancji.

Zacieranie trwało łącznie trzy dni. Najpierw pospieszne przejrzenie tekstu, podniecenie się pierwszymi słowami, potem zrzucenie książki za łóżko i szukanie jej przez kilka dni (czasem zastanawiam się, czy w wieku 25 lat nie mam już pierwszych objawów starczej demencji). Wreszcie porządki, wyciągnięcie Rdzy z mrocznej szczeliny wypełnionej kurzem i niepamięcią, a potem utonięcie w tekście na dwa kolejne, przepełnione emocjami wieczory.

Dzięki nim poznałam głównych bohaterów, Szymka i Tośkę, z która dodatkowo bardzo się zżyłam. A także cały zastęp drugoplanowych postaci, takich jak Doktor, Hołowczyc, Eliza, Budzik, ojciec Budzika, Drews, Sabina… Wszyscy żyją w Chojnach, wsi pod Chełmnem, w którym w czasach drugiej wojny światowej Niemcy zbudowali obóz zagłady. Zapach palonych ciał towarzyszy trzem pokoleniom mieszkańców w różnej formie, tak samo jak tytułowa rdza, wkradająca się w żywoty przedstawicieli opisywanych w książce rodzin.

Tośka jako mała dziewczynka ucieka przed bombardowaniem i znajduje w lesie rękę trupa, a potem zakochuje się w Niewidzialnym Człowieku. Dlaczego Niewidzialnym? Jej córka, Eliza, rodzi się i umiera, a przedtem, choć początkowo nie widzi w tym sensu, rodzi syna, Szymona, który stanie się potem Jaszczurem. Dlaczego Jaszczurem? Rodzina Budzikiewiczów walczy z rosnącą obok domu topolą, i choć początkowo czytelnik zadaje sobie pytania: po co, na co, dlaczego, wraz z dynamicznym, choć nie gwałtownym rozwojem fabuły, dowiaduje się. Wszystkie wątki splatają się w całość. Każdy opisany obiekt – topola, pistolet, siekiera – ma znaczenie. Losy każdego nawet najmniejszego bohatera rzutują na historię innych postaci, nieważne, czy w połowie XX wieku, czy na początku drugiego dziesięciolecia wieku XXI. I nawet jeśli nie wszystko zostaje wyjaśnione, to czytelnik podświadomie rozumie, dlaczego tak się stało. A jeśli nie, to i jeszcze lepiej. Nie wszystko da się wytłumaczyć.

Tym, czego jednak będę się trzymać, to legendarny prapradziadek Szymka, Lucjan. Jego historia w rodzinie Stawnych o tym, jak gołymi rękoma zamordował potężnego niedźwiedzia i sam to starcie ledwo przeżył, no ale przeżył, a niedźwiedź nie, daje siłę kilku pokoleniom ludzi. Jeżeli dziadek Lucjan potrafił uciec z Syberii, pokonać dzikie, niebezpieczne zwierzę, to czymże są problemy współczesnych Stawnych? Tak sobie dodają otuchy po kolei członkowie rodu. I wydaje mi się, że tego właśnie potrzebujemy w XXI wieku. Autorytetów. Pokolenie milenialsów łatwo zapomina o tym, że na świecie, poza nimi samymi, są ludzie silniejsi, mądrzejsi, zdolniejsi. I niekoniecznie są wtedy konkurentami. Mogą się stać w łatwy sposób wzorami do naśladowania. Natchnąć nas siłą do działania i zainspirować do pokonywania kolejnych trudności.

No bo pomyślcie sobie: facet. Zabił. Niedźwiedzia. A wy nie potraficie powiedzieć szefowi prosto na ryj, że wam nie odpowiada jego zachowanie? 😉

Proszę, przeczytajcie Rdzę, bo oceniam ją 9/10 i bądźcie ludźmi, którzy pokonują każdego dnia złe niedźwiedzie.

Bardzo dziękuję wydawnictwu Sine Qua Non za egzemplarz recenzencki.

 

Sine qua non logotyp

Wydawnictwo SQN

Jak zacząć przygodę z urban jungle? Najłatwiejsze w uprawie rośliny doniczkowe

Jak zacząć przygodę z urban jungle? Najłatwiejsze w uprawie rośliny doniczkowe

Nie będę z siebie robić specjalistki, bo pierwszą roślinkę (lucky bamboo) dostałam rok temu od Cioci Ebi i jej świeżo upieczonego małżonka, ale w kwestii rozpoczynania uprawy roślin doniczkowych jestem ekspertem. Taką pro-ogrodniczką na poziomie zielonego amatora. Uparcie raczkuję w świecie chlorofilu. A skoro moje dwadzieścia roślin jakoś przetrwało ostatnie miesiące, to i Was chciałabym zachęcić do wypełnienia mieszkań żyjącym zieleniakiem. Bo że warto, to już pisałam TUTAJ i wciąż podtrzymuję! Jak zatem zacząć przygodę z urban jungle?

Wybierz rośliny, których nie zabijesz.
To nie jest tak, że nie masz ręki do kwiatów. Po prostu pewnie nie masz czasu na dbanie o nie tak, jak tego potrzebują. Kwiaty są jak ludzie, mają różne upodobania i potrzeby. Jedne lubią cień, ciepło i wilgoć (zwłaszcza te sprowadzone do nas z okolic równikowych), inne kochają słońce nie znoszą nadmiaru wody (np. pustynne sukulenty). Ale są gatunki, którymi wcale nie trzeba się specjalnie przejmować, a dzięki nim w domu zrobi się od razu przyjemniej!

Ice Cream Party (3)

Eszeweria to bardzo modny ostatnio sukulent, którego ponętne mięsiste kształty liście zauroczyły już niejednego domowego ogrodnika. Lubi słońce i ciepło, nie wymaga częstego podlewania. Bardzo łatwa w utrzymaniu.

Jeśli chodzi o draceny, to mamy mnóstwo odmian tej rośliny. Wszystko sprowadza się jednak do tego, że lubi przeciętniactwo. Nie za dużo wody (jak widzimy, że ma sucho, trochę podlewamy), nie za jasno, nie za zimno.

Bluszcz, czyli jeden z moich ulubieńcow, dobrze czuje się w chłodzie, więc nie trzeba zmieniać mieszkania w tropik, by mu dogodzić. W zasadzie wysoka temperatura może go zabić, dlatego pamiętajcie, jeśli macie bluszcz, nie hajcujcie zimą za bardzo w piecu.

paprotka

Paprotka wcale nie jest taka łatwa i taka pierwsza lepsza z brzegu, jak mogłoby się wydawać. Ale warto ją mieć ze względu na przesąd, że jest zwiastunem pomyślności finansowej. Zimą podlewamy raz w tygodniu, latem od jednego do trzech, patrzymy, by ziemia była wilgotna. Najlepiej czuje się w stanowisku lekko zacienionym. Lekko, powtarzam, nie stawiajcie jej w kącie między lodówką a zmywarką, nie opłaci się Wam.

Sansewieria, czyli język teściowej, czyli też wężownica, tak jak eszeweria jest sukulentem, atrakcyjnym wizualnie i wdzięcznym w uprawie. Lubi światło, ale zniesie jego brak. Z wodą to samo. Będzie rosnąć tam, gdzie inne kwiaty wolą kopnąć w kalendarz. Na przykład w ubikacji przy małym lufciku albo w ciemnej biurowej suterenie.

Lucky bamboo, czy po polsku szczęśliwy bambus (trochę rasistowskie, ale dobra), to tak naprawdę inna odmiana draceny, o której pisałam kilka zdań wyżej. Nie potrzebujecie nawet ziemi i doniczki, by uprawiać ten rodzaj zieleniny, wystarczy flakon i woda. I spryskiwacz. Wodę we flakonie wymieniamy raz na dwa tygodnie (wcześniej warto ją przegotować i wystudzić), natomiast liście spryskujemy letnią wodą wedle upodobania. Im częściej, tym lepiej, bambus będzie się bardzo cieszyć.

zamiokulkas

Zamiokulkas, podobnie jak sansewieria, przetrwa chyba wszystko. Podejrzewam, że wybuch bomby atomowej też nie zrobiłby na nim wrażenia. Jest niewzruszony. Nie oznacza to, że masz go kopać i gryźć, ale nie potrzebuje zbytnio ani wody, ani słońca. A cały czas jest piękny i zielony. Ideał po prostu.

Zielistka, po angielsku spider-plant, jest bardzo płodną zieleninką. Rośnie jak szalona, a potem strzela kłączami, na której dyndają jej maleńkie wersje. Wystarczy ją podlewać, kiedy będzie miała sucho. I od czasu do czasu spryskać listki, bo tak jak lucky bamboo, bardzo to lubi.

azalia

I dochodzimy do azalii. Azalia nie jest najłatwiejsza, ale nietrudno o nią zadbać, a jej liście są tak piękne, że warto się poświęcić i zapamiętać kilka ciekawostek na jej temat. Jeśli będziemy o nią dbać, rozkwitnie pięknie i obficie. Co zatem robić? W zimie postawić na parapecie. Lubi bowiem słońce i chłodną temperaturę, którą może znaleźć tuż przy szybie. Ważne jest, by miała stale wilgotno. Jak będzie miała sucho, to już po niej. Nie możecie do tego dopuścić, azalia lubi pić!

Krok pierwszy za Wami. Wiecie, jakie rośliny kupić, żeby nie zmarniały. Teraz możecie zacząć wypełniać swoje mieszkanie kochaną zieleninką. Powodzenia! A jeśli znacie jeszcze inne gatunki, które są bardzo łatwe w uprawie, koniecznie napiszcie o tym w komentarzu.

5 lat Fabryki dygresji – konkurs

5 lat Fabryki dygresji – konkurs

Po co mi to? O czym mam pisać? Jaki jest sens prowadzenia bloga? Możesz mi nie wierzyć, ale przez pięć lat istnienia Fabryki dygresji oraz około dziesięć lat pisania różnych blogów nie zwątpiłam ani razu. Bywały słabsze momenty, kiedy posty po prostu się nie pojawiały, ale wkrótce wracałam do formy, bo w życiu liczą się dla mnie tak naprawdę tylko dwie rzeczy. Pisanie i ludzie, a blog idealnie łączy te właśnie pasje.

Pisać po prostu lubię, ale ponieważ wierzę w utylitarystyczny charakter twórczości literackiej, pisanie dla siebie byłoby bez sensu. Ludzie są dla mnie zaś największą inspiracją. Uwielbiam ich obserwować i nawiązywać nowe, ciekawe znajomości. Czy jest coś przyjemniejszego niż wymiana refleksji na temat pisania, wspólne próby osiągania celów, wzajemna pomoc?

Bez Was, czyli osób, które odwiedzają Fabrykę dygresji, brakowałoby mi bodźców nie tylko do pisania, ale nawet do wstawania codziennie rano. To prawda, że czasem mam dosyć, kiedy skrzynka mailowa okazuje się być zawalona nie tylko SPAM-em, ale też wiadomościami od nieznajomych, którzy proszą o opinię swojego tekstu, pomoc w promowaniu książki, pomysł na zakończenie wątku. Trzeba odpisać i bywa, że zadanie to mnie przerasta. Nie jestem tak naprawdę żadnym specjalistą. Pracuję w wydawnictwie, studiowałam filologię polską, napisałam i opublikowałam swoją książkę, ale przede wszystkim jestem pasjonatem, który stara się być najlepszy w tym, co robi. I niewiele więcej.

Dzięki Wam sporo się nauczyłam. Przede wszystkim tego, że sukces innej osoby bywa często tak samo satysfakcjonujący, jak własny, jeżeli dołożyło się do niego jakąś cegiełkę. Wasze uwagi odnośnie mojej pisaniny zawsze brałam sobie bardzo do serca. Starałam się nie popełniać drugi raz tego samego błędu. Zauważyłam, jak wielką wagę ma słowo pisane i że czasami lepiej faktycznie pomyśleć, zanim się coś napisze. Albo, co gorsza, opublikuje.

Nie chcę Was zanudzać moimi osiągnięciami. Na szczęście nie ma ich dużo, uff. Mam skromny profil na Facebooku

oraz Instagramie, ledwo 20 osób w newsletterze – ale newsletter mam i bardzo się z tego cieszę. Za bardzo nie umiem się nim posługiwać, ale przynajmniej mogę Wam przesłać informacje o kolejnych odcinkach kursu Bohater prawdziwy. W zeszłym roku przeniosłam Fabrykę na prywatną domenę i z tego powodu również odczuwam pewną satysfakcję. A niebawem obejmuję pierwszy patronat medialny nad książką Magdaleny Pioruńskiej pt. Twierdza Kimerydu. Kiedyś może dorobię się profesjonalnego logo, acz na razie uczę się co najwyżej obsługi ustawiania reklam na fejsie i zajmuje mi to sporo czasu. Póki co zapraszam Was też do mojej grupy dla kobiet aktywnych literacko i publicystycznie – Kobiety Piszą. Fajnie jest, można się pochwalić swoją twórczością i dowiedzieć kilku ciekawostek, więc wbijajcie.

A ponieważ odczuwam głód nieustannego rozwijania się, proszę Was o dalszą pomoc. Wypełnijcie tę ankietę. Odpowiedzcie na pytania. Dajcie poznać się bliżej i powiedzcie mi, co robić, byśmy wspólnie stawali się lepszymi w tym, co nas łączy – w pogłębianiu pasji do literatury oraz czynieniu życia ciekawszym.

Dlaczego warto to zrobić?

Ponieważ spośród wszystkich ankietowanych generator wylosuje jedną osobę, która otrzyma pakiet 3 książek. Tytuły ujawnię wkrótce. Ankieta rusza teraz, a na Wasze odpowiedzi czekam przez 2 najbliższe tygodnie. Do dzieła!