Nigdy przedtem jakoś nie uważałam, że trzeba mieć postanowienia noworoczne. Zresztą po co, skoro wcześniej przez całe cztery tygodnie jest adwent i w nim powinnam wstrzymywać się np. od tego symbolicznego niejedzenia cukierków? Teraz chyba jednak moje życie stało się tak pochrzanione i niekontrolowane, że brakuje mi nad nim władzy, więc wyznaczam sobie surowe nakazy i zakazy. Problem w tym, że można moją osobę określić naprawdę wieloma, czasem sprzecznymi ze sobą cechami, ale bycie restrykcyjną nigdy do mnie nie pasowało. Egzekwowanie czegokolwiek od siebie samej przychodzi mi naprawdę z wielkim trudem. Żeby coś robić, muszę to lubić. Inaczej albo się obijam, albo partaczę sprawę. Zdaję sobie sprawę, że dorosła osoba nie może tak funkcjonować. A w tym roku kończę już dwadzieścia jeden lat. Jeśli czegoś w końcu nie zmienię, to jestem na świetnej drodze do zostania menelem. 
Dlatego postanawiam:
Po pierwsze – schudnąć. 10 kg.
To nie żarty, przytyło mi się przez to studiowanie, a wcześniej jeszcze – przez Campus Akademicki (procenty poszły w tyłek). 10 kg to idealna waga, z jaką czułabym się wyśmienicie. Nie ma więc sensu zakładać: schudnę pięć i będzie dobrze. To nieprawda. Kiedy zrobię sobie przerwę od tego chudnięcia, to potem przypadkiem mogę już do niego nie wrócić. 
Ważny jest oczywiście nie tylko odpowiedni dobór produktów spożywczych i zdecydowane ich ograniczenie, ale, jak powszechnie wiadomo, ruch. Dlatego w pierwsze dni nowego roku zaczęłam truchtać. Czasem podbiegać. Czasem tylko maszerować, ale cel równy pięciu przystankom udało mi się osiągnąć bez podjeżdżania środkami komunikacji miejskiej. Trochę szkoda, że nie miałam zbyt dobrego stroju sportowego i wnioskuję, że przez ten brak chyba mnie zawiało, co teraz objawia się obrzydliwym katarem. Z bieganiem więc poczekam na wiosnę, tymczasem siłownia w Babilonie (akademiku, w którym aktualnie mieszkam) zaprasza.
Po drugie – więcej czytać.
Gdybym stanęła przy statystycznym Polaku, to pewnie czytam więcej od niego. „Pewnie”, to nie do końca wiem, kim są Polacy statystyczni. Wydaje mi się, że to jakiś inny gatunek Homo Sapiens. Czyta dwie i pół książki rocznie, pobiera zasiłek dla bezrobotnych i, co dziwne niesamowicie, bo skoro siedzi w domu i nic poza tym nie robi, to mógłby płodzić dzieci, a – statystycznie – Polska jeszcze nie wyszła z niżu demograficznego, który objawił się dobitnie w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia. Generalnie – nie spotykam takich osób. Jak już czytają dwie i pół książki rocznie, to pochłaniają czasopisma, ciężko pracują, oglądają wiadomości i czasem nawet dobre filmy. Jeśli pobierają zasiłek dla bezrobotnych, to dlatego, że mają ogromną rodzinę, którą muszą się zajmować, zresztą to też nie jest tak, że w polu zawodowym są kompletnie bezczynni. Ale od Polako Statistiko, i od Polaka całkiem żywego, dzieli mnie fakt, że studiuję filologię polską. A tam trzeba czytać. I całe książki, i artykuły, i czasopisma, i czasem nawet bzdury, więc czytam. Nie mam na nic czasu, ale czytam. Nie idę do ubikacji, bo czytam, a jak już nie mogę, to idę z książką. Tylko prawda jest taka, że gdy patrzę na moich znajomych z uczelni, to oni jakoś mogą czytać więcej. Dziwi mnie ten fenomen, chcę czytać tak, jak oni czytają. 
Ale nie ma łatwo!
Wszak teraz Babilon. A ze mnie całkiem miła osoba, więc przez przypadek, niecelowo, uczyniłam sobie kilku znajomych. Przez to mój aspołeczny wizerunek uległ chyba kompletnej destrukcji (acz zdarza się jeszcze, że wraca, jak złośliwy bumerang, który swego właściciela lubi buchnąć w potylicę). I zamiast czytać – gadam. Najczęściej te rozmowy wzbogacają, bo tutaj erasmusi, tam jakaś archeologia, a i z doktorantami matmy niezwykle miło pogawędzić, gdy są zaiste oświeconymi ludźmi. Tylko kiedy tu czytać? 
Wiem. Nie kiedy, bo zawsze, ale gdzie. W tzw. pokoju cichej nauki. To miejsce legendarne, znane bardziej z mitów i przekazów ustnych. Nie znam ani jednej osoby, która tam trafiła, ale mnie się musi udać. A gdy to już się stanie, nikt i nic nie oderwie mnie od książek, ot co!

Po trzecie – żyć oszczędniej.
Rozrzutność to jedna z moich wielkich wad. Może inni, co byłoby szalenie miłe, postrzegają mnie za osobę szczodrą. Czerpię wielką przyjemność z tego, że raz po raz kupię przyjaciołom kawę, zapłacę za ich bilet, takie tam, drobiazgi. Mój portfel nie jest jednak z tego zadowolony. Sama wiem, że przecież to nie są moje pieniądze, tylko rodziców, a w dodatku chcę jechać na tego cholernego Alexa Turnera, który z zespołem będzie w tym roku na Openerze. A nawet jeśli nie Opener, to może coś innego, bo pojawi się wreszcie Florence? A trip na Bałkany? Trip gdziekolwiek? Chcę poznawać, podróżować, wzbogacać się niekoniecznie w Poznaniu czy NT, przeżyć coś niecodziennego, a to chyba niemożliwe tam, gdzie żyje się na codzień, prawda? Do tego potrzebne są pieniądze, więc od pierwszego oszczędzam, a nawet zarabiam. 

Po czwarte – być aktywną. 
Na wszystkich polach, żeby zwalczyć lenistwo, które w zeszłym roku tak opętało mnie swoimi mackami, że do dzisiaj czuję ich śliski dotyk. Paskudztwo! Mam na karku dwadzieścia jeden lat, w trumnie się wyleżę, to przecież mnie czeka prawie tak szybko jak pstryknięcie palcami! Nigdy nie wiadomo, który dzień jest tym ostatnim. I, jakkolwiek brutalne by to nie było, tak właśnie dzieje się na świecie. Carpe diem i do przodu.
Aktywizacja dotyczyć będzie też moich blogów. Dobrze będzie skończyć wreszcie z TCB Heaven, które tworzę od czterech lat. Jeszcze lepiej będzie pisać częściej tutaj, na FD. Szkoda tylko, że ślęczenie przy laptopie i pisanie skutkuje cierpnięciem pośladków. Mam nadzieję, że wkrótce technologia wymyśli coś w rodzaju „umysłowej maszyny do pisania”, i wtedy, na przykład robiąc przysiady, będę mogła tworzyć bez przerwy. 
Korzystając więc z tej okazji, Wam wszystkim pragnę złożyć najserdeczniejsze noworoczne życzenia. Żebyście spełniali swoje marzenia, ale nie wszystkie naraz, tylko po troszku, a jeśli osiągnięcie już założone cele, to byście szybko wyznaczyli sobie nowe. W życiu człowieka nie chodzi o znajdowanie, tylko o szukanie przy pełnym zaangażowaniu. A zatem powodzenia