Nie było łatwo, ale w końcu do tego doszłam. Co zrobić, by wskoczyć w sukienkę ze studniówki, od której minęło 7 lat? Niekoniecznie co jeść, ale jak myśleć? O tym w 7 wnioskach na temat jedzenia. Od filozofowania się chudnie, zobaczycie.

1. Przechodzę na wegetarianizm

Zabijanie zwierząt, skoro myślą i czują tak, jak my (albo nasze dzieci) jest grubym nietaktem. Zwierzęta w dużych hodowlach po prostu się męczą, są faszerowane antybiotykami i paszami z mnóstwem chemii, a kiedy znajdują się blisko śmierci, wytwarza się u nich adrenalina i zostaje w mięsie, które potem spożywamy. Nic dziwnego, że tak łatwo popadamy w naszych czasach w depresję oraz stany lękowe. Jesteśmy tym, co jemy. Ja chcę być zdrowa. Szczupła jak szczypior, żeby mi się miło biegało. Poza tym, cytując Wyborczą, która z kolei cytuje Ecology and Society:

Gdybyśmy zabrali zwierzętom hodowlanym soję i kukurydzę, moglibyśmy nakarmić tymi roślinami 3,5 mld ludzi.

Nie chcę być już trybikiem w machinie przemysłu, której zębatki spływają krwią zarzynanych zwierząt. Dam sobie radę na serze i kalafiorze. Nie wykluczam, może być ciężko, więc jeśli jesteście za, wesprzyjcie łapką w górę mój pisarski fanpage na FB:

2. Im mniej lekarstw, tym lepiej

Po pierwsze, dla kieszeni. Do każdego antybiotyku lekarze przepisują probiotyk. A przecież woda z ogórków kiszonych działa jeszcze lepiej na nasze jelita niż kapsułki z cholera wie czym w środku. Czemu większość lekarzy nie mówi: zjedz se pani dużo kiszonej kapuchy tylko wysyła do apteki? Czemu jest tyle bezsensownych leków i suplementów na ładne paznokcie, błysk w oku i odpowiednią gibkość po pięćdziesiątce? Albo apap, apap extra, apap dla dzieci, apap dla dzieci w syropie…? Przecież to wszystko po prostu paracentamol. Wnioski?

Ludzie wolą wziąć tabletkę trzy razy dziennie i łudzić się, że zapewnią sobie wieczne zdrowie. Tymczasem na każdego przyjdzie pora. Faszerowanie się suplementami jest o wiele łatwiejsze niż ustalenie odpowiedniej diety, nieprzejmowanie się tłustymi potrawami czy ruszenie tyłka sprzed telewizora.

Najgorsze jednak to, że paracentamol oraz inne substancje przeciwbólowe mogą naszemu organizmowi wyrządzić okropną krzywdę. Uderzają w wątrobę, bo głównie tam się metabolizują. Popularna na miesiączki pyralgina obniża poziom białych krwinek, więc spada odporność organizmu i łatwiej o infekcje.

Oczywiście, szczepionki, antybiotyki i różnego rodzaju znieczulenia są niewątpliwym osiągnięciem naszej cywilizacji. Bez nich pewnie teraz nie siedzielibyście na blogu fabrykadygresji.pl. Bo by nas wszystkich po prostu nie było, więc ani nie miałby kto pisać, ani nie miałby kto czytać.

3. Zioło jest super

Lubię, zawsze lubiłam. Cieszy mnie, że coraz więcej ludzi odkrywa potęgę skrzypu, melisy, rumianku, ostropestu i setek innych. Natura całkiem nieźle przygotowała nas do walki z chorobami. Nie tylko fizycznymi, ale i duchowymi. Zioła pomagają we wszystkim. Być pięknym. Prawidłowo trawić jedzonko. Myśleć. Spać. Zioła to życie!

4. Alko nie jest super

Nie tylko uderza w wątrobę, ale i w szare komórki, więc poniekąd nas upośledza. Ale nie zaobserwujemy tego od razu. W pewnym momencie po prostu przestaniemy tak dobrze kontaktować. Lekarz, u którego byłam w wakacje, wspominał, że kiedy mówi niektórym pacjentom po sześćdziesiątce o diagnozie, to ich żony muszą im ją wytłumaczyć. Z pięć razy. A wszystko przez to, że w młodości nieźle popili, o czym jasno informuje lekarzy stan ich narządów wewnętrznych.

Procenty wjeżdżają nie tylko na umysł i ciało, ale i na psychikę. Czasem otępiają mózg, a czasem sprawiają, że dookoła jawią się tylko czarne myśli. Depresja i alkohol to przyjaciele od zawsze.

No i zwalnia metabolizm. A jak się trenuje, to lepiej nie pić.

Czasem tęsknię za stanem upojenia. Nigdy nie miałam mocnej głowy, więc wystarczyły dwa piwa, by kręciło mi się w głowie. Fajne to było. Ale po trzech piwach zaczynały dziać się ze mną dziwne rzeczy. Użyję eufemizmu i napiszę, że robiłam się nieco zbyt przytulaśna. A potem zgonowałam i cały następny dzień trzeba było zmarnować na odchorowywanie. Co za marnotrawstwo czasu. I miejsca w brzuchu. Ach, te puste kalorie…

Wiadomo, alko jest dla ludzi. Ale bez przesady. Ogólnie uważam, że coś jest nie tak z naszą cywilizacją (choć może tylko z naszym krajem, nie wiem, byłam raz w życiu za granicą), że łatwiej pić alkohol niż go nie pić. Idziesz na miasto ze znajomymi, no to wiadomka, na piwo. Mały soczek bywa droższy niż pół litra browaru. W dodatku po 23.00 wszyscy zaczynają już pieprzyć farmazony, a Ty, jako niepijąca, tylko psujesz imprezę swoim posępnym humorem.

Ech, o tym więcej innym razem. Ale możecie sobie poczytać jeszcze ten artykuł o tym, jak alko niszczy psychikę. Polecam.

5. Napoje gazowane to shit

Węglowodany, chemia i bąbelki, które sprawiają, że brzuch wygląda jak balon. Ok, mam słabość do Coca-Coli, nie ukrywam tego. Ale kiedy zaczynam ją pić, nie mogę przestać. Jest aż tak uzależniająca. Działa na mnie jak błyskotki na niuchacze, nie mogę przestać o niej myśleć, kiedy już wrócę do nałogu…! Dlatego wolę trzymać się z daleka.

6. Gdy widzę słodycze, to kwiczę

I nie widzę w tym dalej nic złego. Dobrze sobie zjeść coś słodkiego, nasz mózg tego potrzebuje, żeby prawidłowo myśleć. Zresztą, kto ogląda Gonciarza, ten wie, że na ketozie (kiedy prawie nie dostarcza się organizmowi cukrów, zaś ten przystosowuje się do czerpania energii z tłuszczy) cholernie trudno jest się poruszać.

Nie walczę z sobą, jeśli mam ochotę na milka choc&choc (miękkie, czekoladowe i pyszne), kinder bueno (ach, ten zjawiskowo smaczny krem!) czy naczosy. Ale ponieważ nie pracuję na etacie, więc mam dużo czasu, by przygotować sobie zdrowsze przekąski (choćby kanapkę), słodycze nie są głównym składnikiem mojej diety. Spędzając osiem godzin dziennie w biurze, po powrocie nie chciało mi się już łazić po zakupy i gotować. Turlałam się jak kula gigantyczna pralinka między pracą a domem. I cały czas rosłam wszerz. A teraz nawet mogę upiec placek z cukrem kokosowym (mniej węglowodanów niż w cukrze białym czy trzcinowym, a jest dużo smaczniejszy, o ile smakuje Wam karmel) i nawet mam z tego frajdę. I blacha takiego placucha to kalorie mniej więcej takie jak 2 snickersy. No to błagam, chyba jest różnica, nie?

7. Jedzenie to paliwo i przyjemność, a nie zatkajdziura w pustym życiu pozbawionym celu

Stany depresyjne i lękowe leczyłam albo farmaceutykami, albo słodyczami. Wpieprzałam na potęgę, bo jedzenie po prostu poprawiało mi humor. Na krótką metę, więc musiałam jeść wciąż i wciąż, by w miarę dobry humor się utrzymywał. Papierkami po batonach i czekoladach oraz kartonami po pizzy chciałam zakryć ból, który w sobie nosiłam. Złamane serce. Zawiedzione nadzieje. Brak kontroli nad swoim życiem.

Wielokrotnie próbowałam zerwać z kompulsywnym objadaniem się, ale się nie udawało, bo w głowie była pustka, a w duszy chaos.

Słyszałam slogany w stylu dieta zaczyna się w głowie albo zmień podejście do jedzenia. No ale to były dla mnie puste hasełka, nie wiedziałam, o co w nich chodzi. A nawet, gdy w końcu to zrozumiałam, to nie byłam na to gotowa.

Aż po prostu przyszedł ten moment, że zaczęłam się rozwijać, tak wewnętrznie. Czytałam o emocjach. Zastanawiałam się nad sobą. Porządkowałam pewne sprawy. Powoli, krok po kroku, dojrzewałam do punktu, w którym zrozumiałam, że posiłki są darem.

To, że żyję w XXI wieku, kiedy jedzenie jest tak łatwo dostępne, to cud. Bo mogłabym się urodzić np. w 1920 na Ukrainie i wykitować w 1933. Dziś rocznica Wielkiego głodu na Ukrainie. Hołodomoru. Zginęło wtedy 6 albo i 7 milionów ludzi, bo władze ZSRR konfiskowały ludziom nawet pozdzieraną z drzew korę. Albo wosk ze świec, z którego próbowano ugotować zupę.

Czy to w porządku, że tamci ludzie chcieli żyć, ale zabrano im tę możliwość? Podczas gdy my, w czasach takiego dostatku, niszczymy swoje zdrowie, bo nie chce nam się o siebie zatroszczyć?

Z tą myślą Was zostawiam.

Wasza

Nie jestem matką i nie chcę być, dopóki istnieje Instagram

Jesienią ciężko mi się pozbierać. Rusza akcja-motywacja Zielona Zima!

Stan umysłu na 26. urodziny: nie chcę niczego