Berenika Lenard i Piotr Mikołajczyk z icestory.pl popełnili rzecz bardzo nietuzinkową i odważną. Właśnie tak myślę o ich książce, czyli Szeptach kamieni. Historiach z opuszczonej Islandii, wydanej w 2017 roku nakładem Wydawnictwa Otwarte. Tylko czy jest to dobra literatura? Zastanówmy się w dalszej części notki.

Berenika i Piotr zamieszkali na Islandii. Przez trzy lata zamieszkiwali Północ osobno (przynajmniej wg informacji na skrzydełku książki), lecz później połączyła ich pasja do krajów skandynawskich i BANG! Mamy to. Duet idealny, który w życiu dzieli się pasją i stwarza nie tylko dobre chwile, ale i zacne projekty, którymi nie waha się dzielić ze światem. Szepty kamieni. Historie z opuszczonej Islandii to zbiór reportaży, które opisują krainę lodu i ognia w sposób dla mnie nieoczywisty. W rozmowach z mieszkańcami Islandii, Berenika i Piotr obnażają wady tego kraju, niepokoje Islandczyków i trudy życia na wyspie. Dużo dowiemy się o historii kraju (nie miałam zielonego pojęcia, że Islandia przez blisko pięćset lat należała do Danii!), wierzeniach Islandczyków (że też nie przeczytałam Szeptów… przed pierwszym wyjazdem na Islandię, ech) oraz gospodarce i codzienności na wyspie.

Szepty kamieni to lektura, dzięki której poznacie Islandię taką, jaką jest naprawdę.

(A przynajmniej tak mi się wydaje, no bo co ja tam wiem, ledwo Złoty krąg obleciałam).

Jeśli więc szukacie w tej książce opisów atrakcji turystycznych albo informacji o przyjemnych noclegach, no to lektura za wiele Wam się nie przyda.

Jeśli też spodziewacie się książki podróżniczej, z której wyłonią się brawurowe portrety autorów, przeżywających kolorowe przygody, to… Też nie polecam.

 

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

Podlewałam sobie właśnie w ogródku tujki i… Zaczął padać śnieg. 😅 Jest zimno, szaro i trochę smutno. Ale próbuję się uśmiechać, no bo to tylko pogoda. A majówka tuż, tuż! I będzie wyjazd. Co prawda to za szybko, by wrócić na Islandię (w sumie ledwo co wróciliśmy), ale i tak będzie świetnie! Tymczasem z tęsknoty za wyspą ognia i lodu #czytam #szeptykamieni autorstwa Bereniki (cóż za piękne imię, jak u Poego!) i Piotra z @icestory.pl 💙 Czuję się, jakbym tam z nimi była. A historie o duchach… Brrrr! Kolejna podróż na Islandię będzie już zupełnie innym przeżyciem po tej niezwykłej lekturze. 🇮🇸 (@meysys dobra flaga tym razem, nic nie namieszałam, jak ostatnio? 😅). Jakie są Wasze plany na majówkę? 🌿🌿🌿🌿🌿 #monstera #zieleń #przyroda #natura #naturelover #islandia #iceland #crazyplantlady #rośliny #piątek #polishblogger #blogerka #czytambolubie #polskadziewczyna #polishgirl #travelgirl #blogtroterzy #podróżniczka #podróżemałeiduże #nieczytasznieidęztobądołóżka #kochamczytać #takczytam #czytaniemoimtlenem #polkiczytają #czytaniejestsexy #readinggoals

Post udostępniony przez Emilia Teofila Nowak (@emiliateofila)

W komentarzach do powyższego zdjęcia, jedna z czytelniczek napisała, że książka jej nie urzekła z powodu braku autorów i emocji. Ale dla mnie był to zdecydowanie atut Szeptów kamieni. Bo mnie w literaturze podróżniczej strasznie irytuje przerośnięte ego autora. Zrobiłem to i tamto, ja, wielki pan i władca tej planety, mam dystans taki i taki, a temu czy innemu nagadałem tak i tak…

Ludzie, serio, puknijcie się w łeb i przestańcie pisać takie tandetne książki. Może wreszcie czas na to, by przekazać czytelnikowi jakąś wartość poza opisem własnych przygód o wątpliwej prawdziwości…?

Sorki za dygresję, czasem mnie ponosi.

No więc Berenika i Piotr są bardzo subtelni w swoich reportażach. Sami stają się narracyjnymi duchami, by właściwie wyeksponować bohaterów historii, dziką przyrodę i prawdę o kraju. To, że emocje nie są podane brutalnie na talerzu tuż pod nos czytelnika, to kolejna wielka zaleta ich dzieła. Bo emocje są, ale nie tandetne. Wyciekają spomiędzy wersów ich opowieści, czytelnik przyswaja je przez własną empatię i zrozumienie, a nie bezmyślne łykanie kolejnych wyrazów.

Jedyne, co mnie nie zachwyciło w Szeptach, to styl. Miałam wrażenie, jakbym jednak czytała wpisy na blogu niż dzieło reporterskie. Warsztatowo jakoś bym te teksty po prostu podrasowała momentami, ale jak, to nie wiem, bo się nie znam. To może nie będę się wymądrzać.

No i Historie z opuszczonej Islandii to na pewno nie jest cały obraz tego skomplikowanego, pięknego, ale i momentami strasznego kraju. Ale i tak chyba, mam nadzieję, nikt nie zakłada, że tak by było, prawda? Bo to nierealne, ale tak zaznaczam tylko, gdyby ktoś coś takiego chciał książce zarzucić. Bronię profilaktycznie.

Mój ulubiony rozdział to przerażająca Kołysanka. Autentycznie, historia jest tak straszna, że nie mogłam po niej zasnąć. Zaczyna się od kradzieży sera, a kończy na dzieciaku zrzuconym z klifu. To samo w sobie jest już mroczne, ale opowieść przedstawiona w książce jest jakąś totalną masakrą, więc… Polecam gorąco. Poza tym wywiad z Tollim Morthensem (artystą, aktywistą, wpiszcie sobie w Google i zobaczcie jego fantastyczne dzieła) jest totalnym sztosem. Osadzony mocno w moim światopoglądzie. Załączam Wam tutaj szczyptę mądrości.

Naszą największą traumą jest ludzka natura, nie natura sama w sobie. Strach, początek wszelkiego zła, pochodzi z mózgu kształtowanego przez miliony lat. Wytworzyliśmy w sobie system zachowawczy, który każe: leć albo zgiń. I wszyscy działamy na autopilocie. Jeżeli chcemy przetrwać jako ludzkość, musimy starać się kształtować mózg. Musimy być odpowiedzialni za własne dysfunkcje i nieustająco się uczyć.

Czy jest wobec tego na rynku polskim lepsza książka o Islandii?

Nie wiem, bo na razie przeczytałam tylko Szepty kamieni i nie żałuję poświęconego czasu. W kolejce już czeka Rekin i baran. Życie w cieniu islandzkich wulkanów Marty i Adama Biernatów, a kiedyś pewnie przyjdzie i czas na Islandię albo najzimniejsze lato od pięćdziesięciu lat Piotra Milewskiego.

Słyszałam jeszcze o Mojej Islandii Magdaleny Anny Węcławiak, ale przyznam, że tytuł mnie bardzo zniechęca (jak można nazywać jakikolwiek kraj swoim własnym?). Jeszcze bardziej niż wydawnictwo i okładka… (Tak, nie ma to jak zjechać książkę jeszcze przed lekturą, bardzo dojrzałe zachowanie, Emilka, brawo ty). No ale, rety, ta książka ma podobno 74 strony, a wedle terminologii edytorskiej, książka może być nazywana książką dopiero od stron 80, wszystko, co poniżej, to broszurka… Ekhm.

No cóż, czy istnieje jeszcze jakaś książka o Islandii, której nie wymieniłam powyżej? Dajcie znać, bo mój islandzki czelendż lekturowy musi być jak najbardziej wyczerpujący! Przed kolejną wizytą na wyspie chcę już być solidnie otrzaskana literaturowo!

Wasza

Jak promować książkę podróżniczą? 10 praktycznych porad, jak pójść Śladami Marzeń

Islandia. Koszty 4-dniowej eskapady

Michał Szafrański i Zaufanie czyli waluta przyszłości – skutkują natychmiastowo!