Praca nad lękami jest procesem. Przez pół roku możesz być super hej do przodu, a potem, w jednej chwili, bez wyraźnego powodu, nadchodzi taki moment, że zawijasz się w burrito i absolutnym przerażeniem napawa Cię zrobienie zakupów na jutrzejszy obiad. Jak z tym skończyć? Jak przestać się bać?

Najlepiej iść do terapeuty, tak jest najłatwiej i najbezpieczniej.

Ale zdaję sobie sprawę z tego, że nie każdy może być gotowy na taki krok. Ja na przykład nie byłam. Pamiętam, jak wybiegłam z gabinetu psychoterapeutki, kiedy zrozumiałam, co tak naprawdę mi dolega. Nie chciałam w to uwierzyć, a jednak byłam przekonana, że prawda wreszcie została odkryta. Bałam się wielu rzeczy, a lęk momentami był tak silny, że uniemożliwiał mi normalne funkcjonowanie. Oswobodziłam się z niego dzięki pracy nad sobą oraz lekturom, o których wspomnę nieco później.

Przedtem musiałam zadać sobie istotne pytanie: czego się boję?

Co tak naprawdę spędza mi sen z powiek? By przestać się bać, musiałam dotrzeć do źródła problemu. Niektórzy boją się zmienić pracę. Dlaczego? Bo w nowej wcale nie musi być lepiej. Szef może być jeszcze gorszy, a ludzie mniej przyjaźni. Niektórzy, jak ja, boją się kończyć projekty, bo wtedy będzie trzeba znowu znaleźć sobie nowe wyzwania, a z wiekiem coraz trudniej o ciekawe lub wymagające. Jeszcze inni boją się robić cokolwiek, bo co ludzie powiedzą? Opinie ludzi na nasz temat bywają druzgoczące, niesprawiedliwe i trudne do zniesienia.

Chyba że nasze poczucie wartości jest na swoim miejscu.

No właśnie. Nie wystarczy sobie uświadomić, czego się boimy. Trzeba sobie też zadać pytanie, dlaczego.

Jedną z rzeczy, które musiałam przepracować, był mój stosunek do ludzi. Wprost nie mogłam znieść, jeśli ktoś mnie nie lubił! Przecież jestem takim dobrym człowiekiem, nikogo nie chcę krzywdzić, mam problem, żeby pacnąć muchę! I dlatego niestety dawałam sobie wpychać więcej obowiązków, niż powinnam albo wykonywałam pracę za moich kolegów z redakcji. Chciałam być pomocna, ale niestety, frajerzyłam. Stres towarzyszył mi cały czas i w końcu zrozumiałam, że nie tędy droga. Dla własnego zdrowia musiałam się stać bardziej asertywna. Finalnie pojęłam, choć wymaga to wciąż mnóstwa pracy i nieustannej czujności, że jeśli ktoś przestaje mnie lubić tylko dlatego, że powiedziałam NIE, to tym lepiej dla mnie. Fałszywych przyjaciół zdecydowanie nie potrzebuję.

Ale skąd ten problem w ogóle się brał?

Cóż, jestem jedynaczką. Jako dziecko, gdyby nie postaci z książek, byłabym bardzo samotna. W podstawówce też często pajacowałam, żeby zdobyć atencję rówieśników. Bycie w centrum zainteresowania, nieważne, z jakiego powodu, dawało mi poczucie bezpieczeństwa, bo samotność wiązałam z zagrożeniem.

Będę sama, nikt mi nie pomoże w razie niebezpiecznej sytuacji, no i umrę.

Większość lęków finalnie bierze się ze strachu przed śmiercią.

O tym pisze Irvin D. Yalom, wybitny profesor psychiatrii, którego książki polecam Wam wszystkim, zwłaszcza Kata miłości. Wiem, że okładka może odpychać, ale opowiadania o losach pacjentów samego profesora nakłaniają nas do głębokiej refleksji nad własnym życiem.

Czasem na mojej drodze spotykałam też nieżyczliwych ludzi, którzy przyprawiali mnie o ciarki na plecach i ataki paniki. Od kiedy wzmocniłam swoją asertywność i czujność, nie mam już podobnych problemów. Gdy spotykam taką osobę, omijam szerokim łukiem. Wcześniej jednak dawałam sobie wchodzić na głowę i ograniczać własną wolność. Paskudne doświadczenie, nie polecam. Owocowało toksycznym środowiskiem, z którego odeszłam, kiedy pokapowałam się, co w trawie piszczy.

Całkiem niedawno borykałam się też z obawami innego typu. To był lęk przed nieznanym. Na szczęście w rewelacyjnej (acz bardzo trudnej) książce Micrei Eliadego pt. Joga. Nieśmiertelność i wolność znalazłam taki cytat:

Na poziomie tantryzmu potwory uosobiają siły nieświadomości, wywodzące się z uniwersalnej pustki: należy przezwyciężyć lęk, jaki wzbudzają. Wiadomo, że wielkość i przerażający wygląd potworów jest tylko tworem lęku wtajemniczenia.

Tłumaczę to sobie tak, że jeśli czuję lęk, którego przyczyny są dla mnie niejasne, muszę go po prostu olać. Rozwijam się na wielu poziomach. A im wyżej człowiek wchodzi, tym upadek może być boleśniejszy, więc nic dziwnego, że pojawiają się też lęki. To normalne i całkowicie naturalne. Poradziłam sobie już z wieloma szambami we własnym życiu. Każdemu kolejnemu też sprostam, tym bardziej, że nie muszę wszystkiego załatwiać sama. A jeśli nawet, to i tak dam radę.

Poza tym, wiecie, to nie są prawdziwe rzeczy. To są takie, co to się wydarzyły w przeszłości albo przyszłości. O ile skupimy się na teraźniejszości, będzie git. Więcej na ten temat w Potędze teraźniejszości Eckharta Tollego.

Lęki blokują kreatywność, dlatego tak ważne jest zapanowanie nad nimi.

W Drodze artysty Julia Cameron zwróciła uwagę na problem, że artyści często boją się zostać artystami, ponieważ są przekonani, iż nie czeka ich nic prócz nędzy, niespełnienia i porażki.

Dlatego ludzie piszą książki, ale ich nie wydają, tylko wkładają na dno szuflady. Nic dziwnego, skoro zdecydowanie częściej rodzice zachęcają swoje dzieci do zostania dentystami zamiast malarzami, akordeonistami czy poetami. I niestety zabijają też dziecięcą wrażliwość. Jak się ma miękkie serce, to trzeba mieć twardy tyłek! Któż z nas nie słyszał tego tekstu? Albo: przestań być taki delikatny! Takie reprymendy potrafią skrzywdzić dziecko, a przecież to, co w nas twórcze i artystyczne, to właśnie dziecko we wnętrzu. Nic dziwnego, że boi się wyjść ze swoją twórczością do świata, bo co, jeśli ktoś znowu je zrani?

Nawet, jeśli nie marzymy o tym, by pójść w ślady Olgi Tokarczuk czy Wisławy Szymborskiej, dobrze jest czasem sobie napisać jakiś wierszyk. Albo opowiadanie. I zgłosić je na konkurs. Dlaczego?

Bo kreatywność uzdrawia!

Dodaje nam pewności siebie, w końcu nie żyjemy tylko pracą czy rodziną. Wreszcie mamy jakieś hobby, które nas relaksuje! Dzięki kreatywności nie jesteśmy jałowi, a energia, którą poświęcamy na twórcze zajęcie, wraca do nas z nawiązką. Z czasem lęki stają się coraz mniejsze. Pisząc bowiem choć dwa lub trzy akapity codziennie, w miesiącu możemy mieć nawet dziesięć albo piętnaście stron tekstu! Nie musimy się też bać tego, że nigdy nie skończymy pisać, jeśli zaczniemy od zakończenia naszej historii.

Oczywiście taką metodykę można odnieść do wszystkiego, co chcemy zmienić w naszym życiu.

Jeśli myślimy o przeprowadzce, niekoniecznie musimy od razu pakować walizki i rzucać się na głęboką wodę. Możemy  miesiącami odkładać co tydzień po pięćdziesiąt złotych, by opłacić czynsz w nowym miejscu, kiedy będziemy już gotowi na zmianę. Albo jechać do nowego miasta i zacząć oswajać się z nim, zwiedzając lokalne muzea bądź restauracje. Zmiany i pokonywanie lęków to ciężka praca, która jednak zawsze się opłaca.

Najważniejsze to chcieć pokonać lęk. Jeśli pragniesz mieć więcej odwagi, tak z pewnością się stanie.

Jeśli artykuł Ci się spodobał, polub mojego bloga na Facebooku i/lub udostępnij wpis w mediach społecznościowych.

Życzę Ci odwagi na co dzień oraz w tworzeniu! Życie to sztuka, pamiętaj!

Twoja

Jak zacząć pisać książkę, by zrobić to najlepiej?

Co sobie mówię, kiedy jest mi źle, bo zapominam, kim jestem?

5 sposobów, by nie dać się jesieni i doładować kreatywność!