Tego, jak wytrzymać z rodziną, dowiedziałam się niedawno, choć poszukiwałam tej wiedzy przez kilkanaście lat. Bardzo cierpiałam i obserwowałam cierpienie. Bywało fajnie, ale bywało też do kitu… Teraz przeżycie kwarantanny to póki co bułka z masłem. Ale wiem, że nie dla każdego, więc zapraszam na najnowszy wpis.

Bym mogła napisać tę notkę, musiałam zaprzyjaźnić się z pewną myślą: Emi, nie możesz mówić ludziom, co mają zrobić. Pisanie poradnika w przypadku, kiedy ludzi jest tak wiele, ich rodziny są tak różne, a kwarantanna może wejść nieźle na bańkę, to nie jest dobry pomysł. Widzicie, ja mam za małe doświadczenie, żeby dać konkretne porady na daną sytuację, które rozwiążą wszystkie konflikty i sprawią, że Wasza rodzina z bandy jaskiniowców (bo być może tak ją teraz widzicie) zmieni się w cukierkową drużynę, o której marzycie. Po prostu opowiem Wam o sobie, a jeśli coś Wam się przyda, bierzcie, sprawdzajcie u Was, no i podawajcie dalej.

Nie mam dzieci i zawsze byłam najmłodsza w rodzinie. To nie oznacza jednak, że nie miałam problemów. Piszę w czasie przeszłym: nie miałam, bo na chwilę obecną, na tu i teraz, faktycznie ich nie mam. Uważam to za jeden z moich największych życiowych wyczynów, bo wcześniej… Ech. Byłam bardzo wrażliwym dzieckiem, raz wybuchałam wielogodzinnym płaczem, bo usłyszałam, jak kolega obcesowo zwraca się do mojej kuzynki (która w ogóle nawet nie zwróciła na to uwagi!). Kiedy indziej napadała mnie fala śmiechu, która odbijała się czkawką aż do wieczora. Trudno było mnie uspokoić, dlatego wbijano mi do głowy, żebym nie była taka wrażliwa. Bo jak się ma miękkie serce, trzeba mieć twardy tyłek.

Znacie ten absurd? Może znacie.

A wiecie, jak wiele mi to w życiu napsuło? Może wiecie…

W domu jesteśmy programowani. Dostosowywani do osób, które nas wychowują, a które często wciąż mierzą się z własnymi ranami, których doznały we własnych rodzinach, kilkadziesiąt lat temu.

Nie mówię, że we wszystkich rodzinach tak się dzieje! Mam coraz więcej wspaniałych znajomych, którzy, jeśli założą rodziny, będą potrafili wychować dzieci tak, by nie miażdżyć ich prawdziwej natury. (Miejmy nadzieję). Ale czasem złe rzeczy się zdarzają. Spory, kłótnie, fochy, różne rodzaje agresji… I tam, gdzie powinniśmy czuć się najbezpieczniejsi na świecie, jesteśmy najbardziej ranieni. Przez podcinanie skrzydeł. Kąśliwe komentarze. Używki. Albo chociaż brak przytulenia czy świętego spokoju, kiedy akurat tego potrzebujemy.

Jestem przekonana, że gdyby koronawirus przypuścił swój atak, gdy miałam mniej niż dwadzieścia pięć lat, kwarantannę wolałabym odbywać w akademiku. Rodzina po prostu mnie za bardzo wkurzała. Nie wytrzymałabym z nią.

Ale mamy rok 2020 i Emilka świetnie się bawi w domu rodzinnym, z mamą i tatą, i gdyby ktoś mi powiedział: czas ruszać tyłek, jesteś wolna, to… No dobrze, może po otwarciiu granic pierwszą rzeczą, którą zrobię, będzie zabukowanie pobytu na Bali, ale jestem w domu już trzeci tydzień. I jest mi cudownie.

Nie zmienisz swoich rodziców, możesz ich tylko zaakceptować takich, jakimi są. Pogodzić się z sytuacją i pracować nad zmianą własnego punktu widzenia.

Tutaj nadmienię, że będę pisała o rodzicach, ale możecie podstawić dowolnego członka swojej rodziny. Babcię czy syna. Bez różnicy, serio. Wiem, że jeśli jesteście rodzicami, to pewnie chcecie kształtować swoje dzieci na porządnych ludzi. Spoko, uczcie je. Ale nie zmieniajcie ich kształtu, bo odbije się to na nich w przyszłości. Jesteśmy złożeni z wody, co nie? Wodę można przelewać do dzbanków, szklanek, butelek i kanistrów. Ale oryginalnie, bez względu na naczynie, woda to po prostu woda. Nawet, jeśli jesteśmy wielbicielami smukłych wazonów, i chcielibyśmy, by nasze dzieci czy rodzice były właśnie smukłymi wazonami, to… Ten kształt, na dobrą sprawę, to i tak złudzenie, dzięki któremu możemy funkcjonować…

Taka dygresja.

Wracając do meritum: serio? Serio nigdy nie zmienię własnych rodziców? Naprawdę do końca życia będę musiała słuchać, że mój indywidualny styl ubierania się sprawia, iż wyglądam jak żulieta z ogródków działkowych? Nie mówiąc już o tych wszystkich naprawdę poważnych rzeczach, które oni robią i sprawiają, że momentami mam ochotę trzasnąć się młotkiem w głowę, raz a skutecznie?

Bo z taką tezą spotkałam się kilka lat temu w pewnej psychologicznej książce, a potem też podczas konsultacji psychoterapeutycznych. Poczułam ogromne rozczarowanie. Zatem mogę jedynie pracować nad sobą, tak? Ale ja przecież jestem ukształtowana, rozwinięta, moja inteligencja emocjonalna już dawno osiągnęła Mount Everest… Co jeszcze mam zrobić, żeby wytrzymać z tymi ludźmi przy jednym stole podczas świąt Bożego Narodzenia?

Tu dochodzimy do punktu przełomowego.

Jeśli uważasz, że umiesz już wszystko, jesteś w błędzie. Zawsze, ale to zawsze możesz bardziej się rozwinąć.

Osoba, która jest faktycznie na maksa rozwinięta, potrafi zamienić wodę w wino… Jeszcze nie potrafisz? No to masz sporo do zrobienia…

Ale skoro zawsze jest coś więcej do zrobienia, zawsze będzie, to spokojnie. Kochać możesz się już teraz. Takim, jakim jesteś. Bo cała masa naszych problemów z rodziną wynika z tego, że czujemy się nieakceptowani. Chcemy, by nas kochali takimi, jakimi jesteśmy. Uważamy, że wtedy wszystko będzie ok. Ale to nieprawda. To objaw tego, że sami nie do końca się akceptujemy. Jeśli wychodzimy z nerw, stając na głowie, by inni nas dostrzegli, pokochali, otoczyli odpowiednią uwagą, to znaczy, że sami nie potrafimy siebie we właściwy sposób dostrzec, pokochać, otoczyć uwagą.

Ale gdy już tak się stanie, że jesteśmy sobą. I potrafimy być sobą, bez względu na to, czy to praca, estrada, randka, wieczór z przyjaciółkami, live na Instagramie czy dom w kwarantannie… Wtedy. Wszystko. Się zmienia.

I, uwaga.

Wtedy zmieniają się też ludzie wokół nas. Nie przez to, że chcemy ich zmienić, tylko dlatego, że obserwują zmianę u nas i chcą być tacy, jak my.

Nawet, jeśli nigdy w życiu by się do tego otwarcie nie przyznali.

To jest, wiecie, straszne, żyć nadzieją przez tyle lat, że coś w naszej rodzinie wreszcie odmieni się na dobre. I wtedy idziemy do psychologa, w nadziei, że ta osoba nam poda na to receptę, a tam słyszymy, że nadziei i nie ma. Że żyliśmy wyobrażeniami przez całe nasze życie, które nie mają pokrycia z rzeczywistością.

Ale najcudowniejsze jest to, że kiedy się nie poddajecie, i wbrew wszystkim tym beznadziejnym prognozom wciąż pragniecie, żeby po prostu było dobrze, doznajecie prawdziwego objawienia. I ono sprawia, że jesteście w stanie wytrzymać wszystko, no i zmieniać świat dookoła.

Dobra, dobra, Emi, prosimy konkrety!

Jak wytrzymać z rodziną i przeżyć kwarantannę?

Co mi pomogło przez te wszystkie lata, i co działa również teraz? Tak ogólnie?

1. Rozpoznanie temperamentów

Wystarczy się dowiedzieć, jakie kolory mamy pod dachem. Zielony jak flegmatyk, żółty jak sangwinik, czerwony jak choleryk czy też niebieski jak melancholik? Nie wiesz, o czym mówię? Obejrzyj filmik, który nagrałam albo bezpośrednio sięgnij po książkę Thomasa Eriksona Otoczeni przez idiotów. Dzięki temu możemy poprawić komunikację w naszych domach. Mówić do konkretnej osoby tak, żeby wreszcie nas zrozumiała. Żeby do męża dotarło, że te naczynia w zlewie same się nie pozmywają, a córka skumała, że  nie siedzi w domu za karę, tylko dlatego, że ratuje innym życie. Bo po to jest między innymi ta cała kwarantanna.

2. Pisanie dziennika

To istne wybawienie. Nie musisz brać toporka i niszczyć wszystkich mebli w domu, by dać upust swojej złości. Możesz po prostu emocjonalnie się wyrzygać na kartkach pamiętnika, nikogo nie raniąc. Poczekać, aż minie napad gniewu, a potem wytłumaczyć racjonalnie, o co tak naprawdę ci chodzi. Przykład?

Zamiast krzyczeć na własne dziecko, że znowu zostawiło śmierdzące skarpety na podłodze, powiedzieć, jak niewiele wysiłku kosztuje włożenie ich znowu do pralki. Jak bardzo ci pomoże, gdy to zrobi, bo nie jesteś w najlepszym nastroju psychicznym. Opowiedz dziecku, jak wiele razy budziłaś się przerażona w środku nocy, bo śniłaś koszmar, w którym dwie wielkie śmierdzące skarpety chciały cię oskalpować… Jeśli dziecko cię kocha, jeśli pragnie twojego szczęścia i zdrowia, zacznie wrzucać te skarpety prosto do pralki. Przez kilka kolejnych dni. A potem znowu trzeba mu pewnie będzie to wytłumaczyć… Ale dasz radę, bo tak naprawdę wiesz, że te skarpetki wcale nie chcą cię doprowadzić na cmentarz. To po prostu cecha niedbalstwa twojego dziecka. A ty kochasz je całe takim, jakim jest, prawda? Bez względu na to, jak bardzo walą mu syry…

Pisz też jednak o pozytywnych rzeczach, nie tylko o tych złych. To błąd, który popełniałam przez wiele lat. Sięgałam do mojego notatnika, kiedy miałam doła. Taki trochę Death Note się z tego zaczął robić. Zobaczyłam w pewnym momencie dzięki temu, że jestem zafiksowana na tym, co dzieje się u mnie złego. A przecież powinnam pisać również o tym, co dzieje się dobrego. By sobie przypomnieć w gorszej chwili, jak było dobrze!

Po kilku latach rzadko już w ogóle piszę o rzeczach złych. Bo one po prostu rzadko mi się przydarzają. Gdyby ktoś otworzył mój pamiętnik, musiałby go szybko zamknąć, by nie zostać stratowanym przez pędzące jednorożce tudzież nie stracić równowagi, otoczonym przez zwariowany taniec brokatowych chmurek.

Pisanie dziennika to magia.

Dzięki niej ukształtujesz swoją rzeczywistość. Spróbuj codziennie, a efekty zobaczysz już po kilku dniach. Potwierdzone info.

3. Indywidualne hobby

Czyli coś, co będziesz robić samodzielnie, bez pomocy innej osoby. Chodzi o to, byś mógł w jakimś zajęciu odnaleźć swoją samotnię, przenieść swoje skupienie gdzie indziej. Zwłaszcza, jeśli żyjesz z rodziną na małej przestrzeni. To pozwoli Ci spędzić czas samotnie, a każdy potrzebuje przecież naładować baterie.

My w domu mamy taki komfort, że miejsca jest pełno i jeśli byśmy się postarali, to mijalibyśmy się pewnie tylko przy toalecie. Ale pamiętam życie w akademiku, kiedy mieszkałam na niewielkiej przestrzeni razem z dwoma innymi studentkami. Dla mnie wybawieniem były słuchawki i lektura książki. Ale to może być naprawdę cokolwiek. Haftowanie. Szycie. Joga. Robienie przysiadów, próbowanie stawania na rękach. Wklejanie zdjęć do albumu. Pieczenie coraz trudniejszych ciast. Naprawianie antyków. Odnawianie mebli. Gra na komputerze. Cokolwiek, co cię zafascynuje na tyle, byś Ty mógł odpocząć od swojej rodziny, i by Twoja rodzina też odpoczęła od Ciebie.

Tu może się pojawić takie pytanie: ja nie mogę tego robić, bo moje dziecko potrzebuje mojej uwagi nieustannie.

Słuchaj no: o ile twoje dziecko nie jest obłożnie chore, to potrzebuje, żebyś się raz na jakiś czas od niego odwalił. Żeby mogło samo poznawać świat, swoimi własnymi zmysłami, a nie, byś objaśniał dziecku rzeczywistość tak, jak ty ją widzisz. Kapujesz?

Członkowie rodziny przeszkadzają ci w twoim hobby? Co chwilę ktoś wchodzi ci do pokoju, kiedy piszesz książkę i pytają, na której półce schowałaś bazylię, chodź, pokaż, daj?

Rety, przecież to nie problem, tylko informacja dla ciebie, że pozostali domownicy za mało przebywają w kuchni! Kiedy jest twój czas na hobby (wyznacz go i poinformuj domowników, że mają cię nie nachodzić, wszystkim zajmiesz się po czasie z sobą), pilnuj się. Nie przerywaj. Na początku będzie ciężko, ale nie łam danego sobie słowa, bo inaczej domownicy zobaczą, że nie szanujesz swojego czasu. I jaki przykład im dajesz, co?

4. Wszystko minie. Wystarczy usiąść i poczekać

Problemy się rozwiązuje działaniem! Trzeba wejść na pełnej petardzie i zadziałać! Szybko, szybko, zanim…

… dotrze do nas, że to bez sensu?

Czy brałeś kiedyś udział w procesie sądowym? Jest tam oskarżony i oskarżyciel. I sędzia. I przesłuchiwani. Ja nie mówię, że to dobrze, że procesy sądowe trwają latami, nie do tego zmierzam. Chodzi mi o to, że każda ze stron musi zostać wysłuchana, zanim padnie wyrok. I trzeba jeszcze robić jedną rzecz. Po prostu się zastanowić.

Konflikty w domu są rzeczą powszednią. Ale to nie znaczy, że musisz się opowiadać po którejś ze stron. Uważasz, że bierność nie będzie sprzyjać Twojej popularności? A po co ci ona? Jeżeli w domu cię kochają, może i się rozgniewają, że nie otrzymali poparcia, ale co z tego? To ich problem, nie twój. Emocje mijają. Wkrótce znów wyjdzie słońce.

Sama jesteś stroną konfliktu? Chcesz komuś udowodnić swoją rację? A po co w ogóle to robisz? Skoro wiesz, że masz rację, no to fajnie. Miej ją. Dlaczego inni muszą się z tobą zgadzać? Jeśli faktycznie masz rację, oni to zrozumieją, bo czas to pokaże. Wtedy się z tobą zgodzą, prędzej czy później. Nie musisz się kłócić. Poczekaj. Rób swoje.

Widzisz, że ktoś działa niesprawiedliwie? Uwiera cię to? Bliski nie jest w stanie się sam obronić, bo jest słabszy? No cóż. To jest dla niego doskonała okazja, by nauczył się być silniejszy.

Tylko ja tutaj nie mówię o sprawach związanych z przemocą domową, żeby było jasne. Nie jestem kompetentna. Ale odpowiednie służby już tak. Tobie albo Twoim bliskim dzieje się fizyczna krzywda? Dzwoń po policję.

5. Zrozum człowieka

Ja nie rozumiem, czemu on się tak zachowuje! 

Jaki bezczelny, słyszałaś, co mi powiedział?

Jakim człowiekiem trzeba być, żeby takie rzeczy robić?!

No właśnie… Jakim? I czemu tego nie rozumiesz? Bo go nie znasz…

Czy wiesz, jak wyglądało dzieciństwo twojego partnera? Lubi o nim mówić, a może nie? Jakie są jego marzenia? Dlaczego tak często powtarza, by się nim nie przejmować?

Zrozum też siebie. Usłysz siebie. Jak to jest możliwe, że niektórzy są dla siebie tak mili i przyjaźnie nastawieni, a inni w zasadzie na siebie warczą jak zwierzęta?

Zasada jest prosta: ludzie traktują ciebie tak, jak ty traktujesz siebie oraz ich. Jeśli uśmiechasz się do siebie oraz tych, których spotykasz na swojej drodze, będą się do ciebie uśmiechać i twoje całe życie również się do ciebie zacznie uśmiechać. Tak właśnie powinno się zaczynać dzień. Wstań, zrób coś dla siebie, a potem dla innych. Przytul każdego, kogo masz w domu. Zwłaszcza tych, z którymi jesteś pokłócony, bo wszystko się zmienia, w każdej chwili.

Zrozum, że tak jak ty potrzebujesz wsparcia, tak i inni go potrzebują. Nie otrzymałeś wsparcia, więc sam nie chcesz go udzielić? Wówczas znów go nie otrzymasz. Przełam ten schemat. Wyciągnij rękę. Zapytaj, dlaczego ktoś powiedział ci coś złego? Wówczas pewnie okaże się, że drugi człowiek w ogóle nie miał takiej intencji. Powiedział to w nieuwadze. Już o tym nie pamięta… Albo faktycznie zaszedłeś mu za skórę. Nie wykluczaj takiej możliwości.

Nawet, jeśli nie dasz rady kogoś zrozumieć, wciąż się staraj. Nie przestawaj w staraniu się, to wystarczy. Najoporniejszej głowie Wszechświat potrafi wyjawić swe sekrety, jeśli ta twarda głowa odpowiednio tego chce.

Miałam do rodziców sporo pretensji, że podcinają mi skrzydła. Po co marnujesz czas na pisanie, ucz się. Po co ci to przedstawienie w szkole, jak masz matmę do poprawki? Nie lataj do koleżanki, śpij w swoim domu.

Tylko że wiecie, oni nie chcieli mi podcinać skrzydeł. Oni się o mnie bali. Pragnęli dla mnie jak najlepiej, tylko nie mówili tym samym językiem, co ja. Musiały minąć lata nauki, by osiągnąć zrozumienie.

No ale w ogóle kwintesencja tej notki jest taka, by się nie poddawać. Nasza rodzina może być faktycznie największą katastrofą w naszym życiu.

I jednocześnie największą, najpiękniejszą okazją, by z gąsienicy wreszcie zmienić się w motyla.

Na koniec pozostaje mi Wam życzyć tylko miłego eksperymentowania. Czekam na Wasze refleksje w komentarzach.

Trzymajcie się tam w domach!

Wasza

Jak rzucić palenie? 365 dni bez papierosa!

Jak przestać się bać?

Zostałam porwana przez psychicznego kierowcę, musiałam słuchać wegan i Jehowych. Jak to przeżyłam?