Najczęstszy zamach, który przypuszczamy na naszą kreatywność, to życie w ciągłym pośpiechu. Im szybciej pędzimy, tym bliżej wieczny odpoczynek w towarzystwie lastrykowych płyt. Żaden człowiek nie może tak żyć na dłuższą metę, bo jest to po prostu niegodne. A co dopiero twórca…!

Są ludzie, nawet bliżej, niż myślisz, którzy palą codziennie marihuanę, ponieważ mają bardzo stresującą pracę na etacie. Natrętne myśli, całodniowe napięcie i bóle brzucha znikają po powrocie do domu za dotknięciem zielonej różdżki. Wreszcie mogą pójść spokojnie spać, bo bezsenność niknie w oparach konopi. Ponieważ święta roślina, używana codziennie, a nie od święta, traci swoje cudowne właściwości, moi znajomi muszą palić jej coraz więcej, by odczuć jej dobroczynny wpływ na organizm. (To, że jednocześnie obniżają swoją płodność, i fizyczną, i zdecydowanie twórczą, to materiał na inny wpis). Wiąże się to jednak z potężnymi kosztami, które wciąż wzrastają. A pieniądze na drzewach nie rosną. Muszą więc pracować efektywniej i dłużej, skutkiem czego są jeszcze bardziej zdenerwowani i przewrażliwieni, nie mówiąc już o strachu przed byciem przyłapanym z torbą zieleniaka pod pachą.

No ale przecież świat jest tak urządzony i nie da się niczego w nim zmienić! Trzeba pędzić i faszerować się czymś na znieczulenie: farmaceutykami, alkoholem, fast-foodami… Na dłuższą metę prawie wszystko może stać się używką, jeśli stracimy dystans.

Część ludzi zdaje sobie sprawę z tego, że utknęła w błędnym kole. Według mnie jest to jednak spirala, prowadząca na samo dno, skąd silniejsza osoba się odbije. Czasami po prostu trzeba dostać bardzo po dupsku, żeby przestać zachowywać się jak zaprogramowany automat i się obudzić. Kiedy indziej niestety bardziej wrażliwi ludzie nie mają już okazji się pozbierać.

A najbardziej wrażliwymi i kruchymi istnieniami są artyści.

Rozsądny człowiek przystosowuje się do świata, nierozsądny uparcie stara się dostosować świat do siebie. Zatem cały postęp opiera się na ludziach nierozsądnych,

rzekł kiedyś George Bernard Shaw, twórca koncepcji filozoficznej siły życiowej i ewolucji twórczej, pierwszy człowiek uhonorowany jednocześnie Oscarem oraz Nagrodą Nobla.

Czy dałoby się, zamiast stosować środki doraźnie uśmierzające objawy stresu lub innych problemów, wykonać pracę u podstaw, a potem stosować coś w ramach prewencji?

Możecie mnie nazwać osobą totalnie oderwaną od rzeczywistości, nie szkodzi, to dla mnie komplement. Jestem jednak przekonana, że da się, wystarczy przestać się spieszyć.

Ale ja nie mam czasu przestać się spieszyć! Ja mam męża/żonę, dziecko, psa/iguanę/fokę, potem muszę jechać do siłowni i pompować, żeby być silnym i nie do zdarcia, a potem mam terapię, bo jednak okazuje się, że coś mnie zdziera, tak od środka, ale nie wiem, o czym do mnie mówi psycholog, bo nie potrafię się skupić na jego słowach, bo patrzę na smartfona, żebym nie przegapił nowych maili od mojego CEO…! 

Po pierwsze, nikt nie kazał ci płodzić dziecka, ale skoro już je wychowujesz, to zobacz, jaki przykład dajesz temu małemu człowiekowi. Kiedy obserwuję w galerii handlowej matki z dziećmi, które poganiają maluchy i drą się na te malutkie istotki, bo mają jeszcze 20 sklepów z kieckami do obejrzenia, a dziecko straciło zainteresowanie fatałaszkami, więc ryczy, bo wie doskonale, jakie to bezsensowne, mam ochotę wziąć najbliższy but z wysokim obcasem i wbić go prosto w czoło takiej mamusi. Przepraszam za dygresję, zazwyczaj staram się być zen, ale nie sposób nie reagować na cierpienie najmłodszych, sprawione bezmyślnością osoby, która powinna się najbardziej troszczyć o własne dziecko, a tymczasem najbardziej je rujnuje.

Oczywiście i ja, kiedy usłyszałam pierwszy raz o idei slow life, pomyślałam: Co za bullshit! To nie dla mnie. Ja jestem dziewczyna-petarda, wystrzeliwuję się w kosmos, nie można tego robić powoli.

Wiecie, na co dzień skórzana ramoneska, fajka w pysku, usta wyszmirowane na czerwono, weltschmerz na mordzie i w pracy tekst: Zostaw to mnie, ja to załatwię. A wieczorem metamorfoza w Bridget Jones, różowa pluszowa pidżamka, pudło lodów na osłodę życia i zapiski: Drogi pamiętniczku, wszyscy mnie wykorzystują! Muszę napisać książkę o tym, jaki świat jest zły, to wtedy ludzie mnie wreszcie docenią!

Nie ma to jak jechać publicznie osobie, którą się było ledwo pięć lat temu, co nie? Wybaczcie, kolejna dygresja.

Żyłam szybko i dziwiłam się, że skoro tyle robię, tak dużo działam, to jakim cudem mam te kilka kilogramów ponad normą? O co chodzi? Wydawało mi się, że spalam biliony kalorii, stresując się podczas negocjacji z klientami oraz tocząc utarczki z przełożonymi. Wydawało mi się, że to normalne, że dwa razy w tygodniu boli mnie głowa. Wydawało mi się, że jeśli od razu nie odpiszę na maila czy nie odbiorę telefonu, tak jak mnie tego uczono, to wszyscy pójdziemy z torbami.

<- polub i czytaj dalej

Naprawdę wiele rzeczy mi się w życiu wydawało, i wcale nie mówię tu o książkach.

Było mi bardzo źle i już nie chciałam się tak czuć. Spostrzegłam, że rzadko co sprawia mi radość, nie potrafię się już tak śmiać, jak za dzieciaka. Wtedy zadałam sobie pytanie: po co robię to, co robię? I okazało się, że nie wiem. Bo zdecydowanie nie jest to czynność, którą chciałabym się zajmować. Pisanie było dla mnie zdecydowanie najważniejsze, więc czemu przestałam tworzyć?

Zrobiłam wówczas coś, co wywołało szok u wszystkich współpracowników oraz klientów. Można byłoby to określić jako łagodną wersję rzucenia wszystkiego i pojechania w Bieszczady.

Nie udałoby mi się to, gdyby nie wsparcie bliskich. Mój mężczyzna pokazał mi, że można być wyluzowanym, a urlop nie jest od tego, by w jego trakcie pracować, tylko odpocząć. Moi rodzice zaś zaproponowali (nieco zbyt chętnie), bym wróciła do domu rodzinnego, jeśli będę chciała zaoszczędzić pieniądze. Z kolei razem z moim przyjacielem, Boharem, poszliśmy sobie na długaśny spacer (26 kilometrów na 26 urodziny), w trakcie którego zaczęła boleć mnie noga. Nadwyrężyłam ją tak, jak jeszcze nigdy do tej pory w życiu, więc trzeba było zrobić badania i nie wypadły one korzystnie. Dowiedziałam się, jak bardzo zaniedbałam własny organizm. I zrobiło się przykro.

Dlatego, jeśli nie chcesz doprowadzić się do ruiny albo czujesz, że zaraz roztrzaskasz się na setki małych kawałeczków, daj sobie czas.

W naszym postrzeganiu czas i przestrzeń to dwa różne wymiary. Nauka na obecny moment mówi nam już co nieco o ich zaginaniu, jak choćby przy okazji czarnych dziur. Czas jest relatywny, no i sami z pewnością również zauważyliście, że niektóre chwile ciągną się jak flaki z olejem, a inne, jak na przykład wakacje, kończą się o wiele za szybko.

Mój pogląd jest taki, że mam tyle czasu, ile chcę. On jest dla mnie. To ja nim władam, nie on mną. Doba została wyznaczona po to, by mi rzeczy w życiu ułatwić, by rozwinąć mój twórczy potencjał, a nie go stłamsić, zdeptać, wytarzać w błocie i uformować w litery nagrobne, które ułożą napis: urodziła się, nic nie osiągnęła, umarła. I czas ten daje mi przestrzeń na kreatywność.

Kiedy moje wewnętrzne dziecko wie, że na zabawę ma tyle czasu, ile dusza zamarzy, zaczyna tworzyć z prawdziwym, epickim rozmachem. Wymyśla naprawdę przedziwne rzeczy. Filozofuje bez granic. Zaczyna pojmować fizykę kwantową, choć w podstawówce, pod presją, miało trudności z ogarnięciem wzoru na prędkość V=S/t.

Hotel Aurora Emilia Teofila Nowak

Wiecie, pojechałam do domu i w trzy miesiące, siadając do tego zadania tylko weekendami, napisałam Hotel Aurora, który 20 lipca ma swoją premierę. Czy jest to przypadek? Nie sądzę. Kolejną powieść, Trzy kobiety w czerwieni, wysmarowałam po tym, jak dałam sobie czas na pojechanie z licealną przyjaciółką na Konwent Wiedzy Alternatywnej. Dałyśmy sobie czas na olewanie wykładów i spóźnianie się na nie, by cieszyć się nowym miejscem, spacerować pośród drzew, pogadać sobie i się wyśmiać.

Ustalenie priorytetów to klucz do zapanowania nad własnym uniwersum i dostrzeżenie, że slow life może uratować ci nie tylko własny tyłek, ale i uczynić wreszcie szczęśliwym.

Dlaczego robisz to, co robisz? Czemu mówisz, że kogoś kochasz, ale potem przedkładasz nad tę osobę pracę, której nienawidzisz?

Proponuję, byś dał sobie 15 minut każdego dnia. Wstań 15 minut wcześniej. Szaleństwo, wiem, jak się teraz czujesz, gdy to czytasz, bo moi kreatywni z warsztatów, kiedy słyszą o tym pomyśle, chcą uciec z sali. Ale spokojnie, obiecuję Ci, że będzie dobrze. I te 15 minut wykorzystaj na siedzenie z dala od urządzeń elektronicznych. Możesz zrobić sobie kawę. Możesz przemyśleć swoje życie albo przypomnieć o tym, co lubisz robić, a co odkładasz już lata. Wszelkie myśli możesz zanotować. Notuj, ile wlezie, aż odczujesz pustkę w głowie! Spędź ten kwadrans ze sobą każdego dnia po przebudzeniu, a zobaczysz, jak do Twojego życia wchodzą z przytupem same cudowności.

Ten cudowny czas, 15 minut bycia tylko ze sobą, zagnie Twoją czasoprzestrzeń. I wygospodaruje mnóstwo przestrzeni na kreatywność.

A wówczas, pewnego razu, dużo szybciej niż myślisz, lecz wciąż, kiedy nie będziesz się tego spodziewać, kreatywność podszepnie Ci po tych piętnastu minutach: O, a teraz idziemy pisać powieść!

Bardzo często dostaję na maila pytania od czytelników: jak sprawić, by mieć częściej wenę?

Moje literackie śmieszki-orzeszki! Przecież wena istnieje cały czas, masz ją w sobie ciągle, bez ustanku, tylko nie potrafisz jej dostrzec, poczuć, usłyszeć w tym całym zaganianiu! Sposób na moje codzienne pisanie to po prostu piętnaście minut dla siebie z samego rana. Małymi kroczkami. Pamiętaj, trening czyni mistrza, więc, po raz kolejny, daj sobie czas na to, by stać się mistrzem.

Jak teraz wygląda moje żyćko?

Cóż, Kosmos nie pozwolił mi umrzeć z głodu, mimo że rzuciłam pracę z kredytem, który mógłby mnie rozłożyć na łopatki. Wykorzystałam swoją kreatywność, by zarabiać, robiąc to, co kocham. I, wbrew niektórym opiniom o czerpaniu zysków z pasji, nie straciłam zapału do pisania. Dalej jaram się jak olimpijski znicz, mogąc prowadzić bloga i pisząc książki.

Spróbuj, to się przekonasz.

Polecam! Twoja

Poznaj 5 objawów zablokowanej kreatywności!

Jak rzucić palenie? 365 dni bez papierosa!

Jak przestać się bać?

Dołącz do Załogi Fabryki Dygresji!

Jeśli potrzebujesz motywacji, dzięki której wreszcie ukończysz swój tekst, szczegółowych porad na temat wydawania oraz marketingu książki, dobrze trafiłeś!
Zapisując się na newsletter otrzymasz informacje o nowych postach, zniżkach na warsztaty, spotkaniach z Emilią w Twoim mieście i ofertach specjalnych.
Dodatkowo opracowałam harmonogram i kalkulator wydania książki, który pomogą Ci zaplanować Twój self-publishing.
Dzięki dwóm historiom bohaterów, z case study Zbyszka i Emki, zobaczysz, na co warto uważać w trakcie współpracy z podwykonawcami i wydawnictwem.
W gratisie też pierwsze strony mojego e-booka 7 grzechów głównych debiutanta!
* pola wymagane
/ ( mm / dd )